czwartek, 27 grudnia 2012

Jak nie przytyć w święta?

Źródło obrazka
Dla większości wraz z dwudziestym czwartym grudnia zaczyna się wielka wyżerka bez wyrzutów sumienia. Koniec z liczeniem kalorii, unikania węglowodanów, picia tylko wody niegazowanej oraz godzin spędzonych na siłowni, bądź w klubach fitness. Za aprobatą całej rodziny, w szczególności babć, cioć i mam każdy z ochotą dokłada sobie kolejnych kilkadziesiąt pierogów na talerz, śledzia, karpia, popija barszczykiem, a na deser wszystkie ciasta, racuchy i cukierki z choinki. W efekcie po świętach szybka głodówka, żeby zmieścić się w sylwestrową sukienkę i cały styczeń poświęcony zgubieniu przybranej w święta ochronnej warstwy tłuszczu.

czwartek, 29 listopada 2012

Świat marzeń Audrey

Śniadanie u Tiffany'ego nie porwało mnie i nie potrafiłam docenić talentu Hepburn.
Wczoraj obejrzałam "Zabawną Buzię" i zakochałam się w Audrey, w jej ekspresji, tańcu i mimice. W roli małej, naiwnej, narwanej mądrali z głową pełną marzeń.

Inaczej spojrzałam na rolę modelki. Zdaję sobie sprawę, że w prawdziwym świecie ta praca tak nie wygląda, ale miło wyobrażać sobie, że każda z nich zaczarowuje rzeczywistość wokół siebie i sesje są tak naprawdę świetną zabawą i podróżą w świat wyobraźni. Właśnie to chciałabym robić w życiu. Sprawiać, by inni ludzie się uśmiechali, by świat był piękniejszy chociaż w tej krótkiej chwili, kiedy odbiorca obcuje z moim dziełem. By tworzyć coś, co sprawia innym przyjemność, inspiruje do działania. Środek wyrazu nie ma dla mnie znaczenia - fotografia, film, słowo, dźwięk - za pomocą każdego można uchwycić magię chwili.

środa, 21 listopada 2012

Pożegnanie z Castoramą

Źródło obrazka
Dzisiaj Castorama wysłała mi ostatnią część wypłaty. Już nic nas nie łączy, oddałam służbowy kask, koszulkę i kartę magnetyczną. Nie czekam na kolejne przelewy, nie dostanę więcej sms - ów z przypomnieniem, że pracuję, nie udzielę nikomu pomocy w obsłudze fakturomatu.

Pewien etap się zakończył. Fajnie było uczestniczyć w takim dużym projekcie jak otwarcie francuskiego marketu. Fajnie było przez chwilę mieć jakiś konkretny cel w życiu (otworzenie Castoramy), właściwie samodzielnie ustalać sobie pracę ("dzisiaj umyję prysznice, jutro poukładam wszystkie mydelniczki w porządku kolorystycznym"). Czułam dumę na otwarciu, kiedy przychodzili ludzie i doceniali to, nad czym harowałam przez dwa miesiące. A najfajniejsze było to, kiedy wracałam na swój dział, bo akurat nie było tłumów na fakturomatach i podchodził do mnie rodowity Castoramczyk i pytał, czy mogę państwu doradzić, bo ja ten dział znam lepiej... Bezcenne.

niedziela, 18 listopada 2012

Z kamerą wśród zwierząt: Eksperci

Źródło
Na pewno znacie takich ludzi. Żyją wśród nas, rozprzestrzeniają się jak plaga, jest ich coraz więcej. Zawsze wiedzą wszystko na każdy temat. Gdy masz odmienne zdanie patrzą na ciebie z takim pobłażliwym uśmieszkiem człowieka, który zjadł wszystkie rozumy i wie lepiej, bo przecież przeczytał na Wikipedii, bądź podpiera się "ostatnimi badaniami", do których nie masz dostępu. I nieważne, że opowiada stek bzdur - opowiada o nich z taką pasją, że w oczach ciemnej masy deklamuje prawdy objawione.


poniedziałek, 12 listopada 2012

Przegląd prasy hipsterskiej: VICE


Ostatnio w moje dłonie wpadła niepozornie wyglądająca gazeta z nasmarowaną oliwką męską klatą, niewątpliwie należącą do jakiegoś kulturysty, na okładce. Kilka bezpłatnych egzemplarzy leżało sobie obok ulotek z Dwóch Pięter w jednej z moich ulubionych kawiarni. Po pobieżnym przejrzeniu stwierdziłam, że być może dowiem się czegoś ciekawego i schowałam do przeczytania na później, które nastąpiło podczas dwóch godzin nudy w pociągu do Zamościa.

czwartek, 8 listopada 2012

Są tacy ludzie

fot. Żona Karolina Żon

Są takie dni, kiedy nie mam ochoty wstawać z łóżka. Przewracam się w pościeli w chmurki co chwila sprawdzając, czy dostałam jakąś wiadomość, przysypiając ponownie i śniąc o sms - ach o treści "Zjebałaś, trzeba było iść na zajęcia". Wstaję, po krótkim researchu stwierdzam, że znów nie ma nic do picia, jem kilka winogron i wracam do łóżka. Powtarzam sobie "pójdę na następne zajęcia" co pół godziny, wciąż tkwiąc w bezpiecznym kokonie pościeli i walcząc z bólem głowy, a co najważniejsze, z bólem serca.

wtorek, 6 listopada 2012

Sztuka w Rydze


Sztuka w Rydze jest niesamowita. Żałuję, że nie robiłam więcej zdjęć, ale czułabym się jak chiński turysta fotografujący każdy najmniejszy szczegół cywilizacji. Jest jeszcze wiele rzeczy, które chciałabym do tego dodać, ale... Wracam tam w sierpniu. Jeszcze zdążę. Zdjęcia pochodzą z moich trzech wyjazdów.



Niezwykły klimat starych cyrków.


Wspomniany już przeze mnie hotel Radisson, z którego jest piękny widok na Rygę z przeszklonej windy. Znalazłam filmik, który nagrałam podczas jazdy, więc niedługo wrzucę.


Sklep ze słodyczami. Nie widziałam nigdzie bardziej uroczego okna.


Ukryta wystawa przy rzece.

  
Johann Gottfried von Herder. Niemiecki filozof i poeta, który przybył do Rygi, by nauczać. Stworzył tutaj swoje pierwsze ważne dzieło.


Motywujące napisy na ulicach Rygi.


Pamiątka pierwszego drzewka bożonarodzeniowego w Rydze.


Odnowiony dom w centrum Starego Miasta. 


Kto powiedział, że kawa nie może być sztuką? Odkrywałam to każdego dnia w mojej ulubionej ichniejszej sieciówce Coffee Inn.


Ulica.


Bilety. Podobno takie mają też wejść w Lublinie.Grafika jest zmieniana w zależności od ważnych wydarzeń w mieście, bądź ogólnie ważnych wydarzeń. Jakich - zagadnięta Łotyszka nie miała czasu sprecyzować. Taki bilet się doładowuje na ilość przejazdów i później skanuje po wejściu do autobusu. Ekstra.

 Posty o Rydze pojawią się jeszcze trzy. Jak sądzicie, jaki będzie najbliższy? :)

poniedziałek, 5 listopada 2012

Luźne wrażenia z Rygi


Widok z hotelu Radisson 

Byliśmy w Rydze na wizycie studyjnej w ramach projektu „Platforma Dialogu”. To był mój trzeci raz w tym mieście, drugi raz bez M., pierwszy raz nie jadąc business klasą, tylko śpiąc na bagażach z tyłu wynajętego busa.
Tym razem nie miałam przyjemności zjeść w kebabie, nie widziałam lombardów na każdym kroku i nie byłam w hotelu Radisson, by wjechać na ostatnie piętro budynku i podziwiać panoramę Rygi z przeszklonej windy.

Ostatnim razem mieszkałam w Central Hostelu, który nie dość, że znajdował się w ścisłym centrum to na dodatek miał wspaniałą, rodzinną atmosferę i sprzyjał integracji grup międzynarodowych, dzięki kolorowym przestrzeniom salonu, kuchni i miejsca warsztatowego. Tym razem przyszło mi mieszkać w Days Hotel, który miał dużo wyższy standard, ale znajdował się piętnaście minut tramwajem od centrum. Zapomnijmy o nocnych, pieszych powrotach z klubu. Zapomnijmy o bliższym, pieszym poznaniu miasta, bo z perspektywy miejskich środków transportu ciężko poznać tajemnice kolejnych uliczek i przykłady sztuki ulicznej, a pod tym względem Ryga ma się czym szczycić.

Poznałam za to ludzi. Poznałam ludzi, którzy są inni ode mnie i jedną osobę, która świetnie rozumie mój sposób postrzegania świata i wyznaje podobne wartości. Poznałam ludzi, którzy nie boją się mówić tego co myślą, ale ich zachowania determinuje podświadomość i to, do czego nie przyznają się nawet przed samymi sobą. Poznałam ludzi zagubionych i ludzi, którzy myślą, że osiągnęli już wszystko, a młodość nie jest warta uśmiechu i popełniania jakichkolwiek błędów.

Brakowało mi jedynie osoby, która wzięłaby mnie za rękę. Kogoś, kto zaczarowałby to miasto, z kim przyczepiłabym kłódkę do mostu i kto wziąłby mnie w ramiona po kolejnym, zimnym dniu i zanucił coś do snu. Samotne podróże są beznadziejne, szczególnie mając świadomość, że każda poprzednia była w takim właśnie klimacie. Byłam tam tylko w połowie, bo połowa mnie była u M., więc wizytą też mogłam cieszyć się w połowie. Nie lubię cieszyć się samotnością, bo wolę cieszyć się czymś we dwoje. 

wtorek, 30 października 2012

Przemawiam



Muszę zacząć pracować nad wystąpieniami publicznymi i to już na poważnie. Coś tam wprawdzie wspomniałam o tym w jakiejś notce, ale teraz zdałam sobie sprawę, że moje obawy urosły do rangi problemu.

Nie lubię występować publicznie. Pewnie lubiłabym gdyby nie to, że świetnie przygotowana w głowie mowa, którą mam wygłosić w momencie rozpoczęcia staje się zamazana plamą i gubię się i nie wiem właściwie o czym to ja?... 

Dzisiaj przedstawiałam działalność grupy w moim byłym liceum. Miałam dwadzieścia minut, pokazałam dwa filmiki, zdjęcia, coś tam powiedziałam. Właśnie w tym tkwi problem, w tym coś tam. Chciałam zrobić coś fajnego i z przekazem, obmyśliłam sobie wcześniej co powiem: pokażę jasne i ciemne strony tego, co robimy, krótką historię, korzyści, jak odbierało nas otoczenie i jak ta opinia się zmieniała razem z kolejnymi działaniami. I zapomniałam. Zazwyczaj radziłam z tym sobie poprzez napisanie konkretnego planu wypowiedzi i trzymanie się go. Tym razem uznałam, że jest mi niepotrzebny i to był mój błąd.

Jak coś robię, lubię to robić dobrze, więc skoro coraz częściej spotykam się z wystąpieniami to muszę wziąć się za to na poważnie. M. mówił, żebym przypomniała sobie warsztaty, które wspólnie prowadziliśmy i dobrze nam poszło. Faktycznie, spotkaliśmy się z pozytywnym feedbackiem, ale sytuacja od dzisiejszej różniła się tym, że grupę całkiem dobrze znaliśmy, angażowaliśmy uczestników w warsztat, przedstawialiśmy mało teorii i stawialiśmy na praktykę. Jak postawić na praktykę podczas wypowiedzi

Brakowało mi też tej drugiej osoby, wsparcia. Ostatnio podczas ankiet bardzo mi to pomogło, bo wiedziałam, że jak się zatnę i zapomnę słowa to jest obok kolega, który wie co powiedzieć. A tym razem nie było koło mnie nikogo, kto by mi pomógł. Wolę działać w grupie. Niemniej muszę zacząć radzić sobie z występowaniem solo. Ma ktoś jakieś rady, które mogłyby mi pomóc?

poniedziałek, 29 października 2012

Zima znów zaskoczyła drogowców



Podróż, która powinna zająć mi zająć dwadzieścia pięć minut zajęła czterdzieści. Dwa przystanki w ścisłym centrum przejechałam w dwadzieścia minut. Byłam kilkadziesiąt metrów od przystanku, kiedy zajeżdżał mój autobus. Poszłam na następny przystanek, oddalony o dziesięć minut. Nie dogonił mnie. 

Gigantyczne korki były nie tylko w centrum i nie tylko w godzinach szczytu. Ciężko było mi dostać się do domu o godzinie osiemnastej. A na LSM - ach wysiadła sygnalizacja świetlna. Czyżby zima tym razem zaskoczyła samorządowców? Miła odmiana. Tym bardziej, że w okolicach Leclerca samochody jechały na tyle wolno, że mogłam od razu przejść przez przejście bez kilkuminutowego czekania.

Niestety, nie znalazłam artykułów o tytule takim samym jak tytuł posta. A szkoda. Zrobiłam przegląd kilku największych gazet na Lubelszczyźnie i najbardziej zbliżonym tytułem jest "Na Lubelszczyźnie znów pada śnieg. W Lublinie są korki. Będzie ślisko". Nie mogę sobie pokpić z dziennikarzy. Chyba nawet oni zauważyli trwające od dłuższego czasu drwiny w Internetach. Jeszcze w zeszłym roku takie nagłówki krzyczały z większości gazet, trzymając się wieloletniej tradycji. Czyżby ktoś zaczął brać wreszcie pod uwagę głos mitycznych internautów?

Gdyby nie fakt, że moje zatoki kiepsko znoszą chłód i trochę mi się spieszyło zrobiłabym sobie godzinny spacer z centrum do domu. Lubiłam tak robić wraz z początkiem zimy w ubiegłych latach. Zazwyczaj idąc z kimś bliskim, drwiąc z kierowców spalających miliard litrów benzyny w korkach, przemieszczając się szybciej niż autobusy i radośnie rzucając śnieżkami. Szkoda, że dzisiaj wracałam do domu sama. Z kimś ta podróż byłaby zabawniejsza.

I czekam tylko na koksowniki ze zdjęcia. Ogrzewanie się przy nich wraz z czekającymi pasażerami daje pewne poczucie wspólnoty. Jedziemy na tym samym wózku, zamarzamy przy temperaturze ujemnej i czerpiemy z tego samego, śmierdzącego źródła ciepła. Niektórzy się nawet uśmiechają. Przestają udawać, że nie dostrzegają kilkudziesięciu osób dookoła, zakopują topór wojenny ze światem i zdobywają się na mały, pozornie nic nie znaczący uśmiech, który dla kogoś może być jedynym w ciągu dnia. Dla kogoś taki uśmiech może coś znaczyć, może znaczyć bardzo wiele, zapamiętaj to sobie. Dlaczego ludzie się już do siebie nie uśmiechają? Ja się uśmiecham. I niech mają mnie za wariatkę, która wychodzi poza kanon ignorowania wszystkich wokół siebie, obalającą mit ulicznego egocentryzmu. Lubię wchodzić w te krótkie interakcje z otoczeniem. Te uśmiechy sprawiają, że wierzę w ludzi. Ludzie są fajni. To tylko świat ich trochę popsuł. 

sobota, 27 października 2012

Już czas


Doszłam do wniosku, że to już czas. Już czas zacząć uczyć się niemieckiego.
Przez całe życie nauka tego języka przemykała gdzieś obok. Ktoś się uczył, ktoś mnie namawiał, ktoś się jarał niemieckimi wokalistami. Przez jedną krótką chwilę w wyniku fascynacji Tokio Hotel (sic!) w wieku lat trzynastu miałam ochotę podjąć naukę tego języka. Ale to była bardzo krótka chwila. Chwileczka właściwie.
Dzielnie opierałam się germanizacji do dwudziestego roku życia, aż trafiłam na spotkanie po niemiecku w sprawie wyjazdu naukowego i stwierdziłam, że czas coś z tym zrobić. Nawet moja mama uczy się niemieckiego.
Ale jak można jarać się językiem, w którym kocham cię kojarzy się z popularną kwestią Lindy "w imię zasad, skurwysynu"? No jak? Brzmi wprawdzie dość ciekawie, kojarzy się z niemieckimi bajkami na RTLu puszczanymi w zamierzchłym dzieciństwie o zapomnianej już przeze mnie treści. A może to były rosyjskie bajki? Raczej niemieckie. Nieważne. I jeden i drugi kraj przez cały okres dzieciństwa był dla mnie symbolem niewoli, zaborów i wszelkiego zła w powtarzanych historiach wojennych, rodzinnych i około rodzinnych. Długo mi zajęło, by nabrać do tego dystansu. Ale czy to jest zdrowy dystans? W pojęciu coraz powszechniejszego kosmopolityzmu, który jest teraz modny, kiedy patriotyzm jest kojarzony z zacofaniem, PiSem, stadionowym chuligaństwem i zamieszkami 11 listopada, zdystansowanie się i odcięcie od historii na pewno jest właściwe. Historię usuwa się ze szkół. Mało który rodzic przykłada wagę do edukacji historycznej dziecka zostawiając ten obowiązek szkole. Jesteśmy w Unii Europejskiej! Europa jest dobra. Spójrzcie na te tabliczki na ulicach. Unia daje nam pieniądze na drogi. Na komunikację miejską. Na wyjazdy. Na projekty. Na remont szkoły. Na nowe tablice multimedialne. Na komputery. Na Internety. Na Erasmusy. Na nowe specjalizacje na studiach. To wszystko z Unii, według unijnych norm. Jesteśmy teraz tak blisko Zachodu, że bliżej się nie da, mimo że nasze umiejscowienie na mapie nie zmieniło się ani o centymetr. Już nie jesteśmy zaściankiem, jesteśmy bramą na Wschód! Ale odcinamy się od tego Wschodu, na Litwie nas nie chcą i zamykają nasze szkoły, tam dalej jest zła Rosja, która blokuje nam gaz i gra nam na nosie.

A mi brakuje tego uczucia, że jestem na swoim, że ta Polska jest moja, że nie może tu przyjechać byle kto. Brakuje mi walki o nasze dziedzictwo kulturowe, o naszą tradycję. Przeszkadza mi moda na tolerancję, przeszkadza mi globalizacja. Nie czuję się dobrze w Schengen, chcę okazywać paszport i czuć się bezpiecznie w granicach własnego państwa. Chcę w moim kraju czytać napisy po polsku i nazwy zawodów też mieć po polsku, a nie w katalogu biura karier przeglądać oferty na stanowisko project manager.

Już nie mogę słuchać tych medialnych bredni. Dwa lata po wyborach pamiętam kampanię nowo powstałej partii Polska Jest Najważniejsza. "A new life!" obiecują w reklamach, w których wychodzi cała polaczkowatość i zaściankowość, PRL-owski zachwyt Zachodem, ich kolorowymi telewizorami i coca - colą. 
Po co? Hej, patrzcie, tu jest pięknie.

czwartek, 25 października 2012

Wystąpienia publiczne a stres


Z niewyjaśnionych dla mnie przyczyn odwiedzin bloga jest całkiem sporo, mimo że od miesiąca nic nie publikowałam. Czas chyba coś dodać. Zmotywowała mnie do tego Aniołak miłą wiadomością na Facebooku, więc powrót jest jej zasługą.

Dwa tygodnie temu przeprowadzałam ankiety w Liceum Śródziemnomorskim w Lublinie - zdjęcie pochodzi właśnie z tego wydarzenia. Początkowo byłam raczej entuzjastycznie nastawiona do tego pomysłu. Lubię ludzi, lubię kontakt z nimi i cóż, lubię uczyć, więc kontakt z uczniami miał mi sprawić radość. Z tego powodu poszłam na studia nienauczycielskie, żebym nie zmarnowała kilku lat na studiach, by potem uczyć. Pokrętna logika, ale szczerze bałam się, że skończę w podrzędnej szkole ucząc ludzi, którzy wcale nie chcą być przeze mnie uczeni. Biorąc pod uwagę jaki jest aktualnie poziom młodzieży i jak drastycznie spada (dzisiaj weszłam do bloku, a na parterze kilku dresików wraz z dresiarami urządzili sobie głośną libację. True story.) wątpię, by mój nauczycielski zapał długo się utrzymał. Posunę się do stwierdzenia, że dość szybko zaczęłabym przeklinać wybór zawodu.

Zaczęłam się stresować w momencie, gdy jechałam autobusem. Miałam szczęście, bo ankiety prowadziłam w dwóch kilkuosobowych klasach przy wsparciu kolegi i koleżanki. Miałam to nieszczęście, że oboje się spóźnili, a ja stanęłam przed wizją samotnego prowadzenia zajęć zaledwie piętnaście minut przed ich rozpoczęciem. Czułam się, jakbym miała wkroczyć wprost stopniami w dół do paszczy lwa. Pamiętam dobrze zajęcia z prowadzącymi ankietami za licealnych czasów. Idealny czas na wyluzowanie i pośmianie się z prowadzących. A moja klasa i tak nie była szczególnie brutalną. Bałam się, że się zatnę, że nie będę wiedziała co powiedzieć, że będę czerwona jak burak (przeklęte rude włosy i jasna cera!) i stanę się pośmiewiskiem trzy lata młodszych "kolegów".

Z paszczy lwa uratowała mnie koleżanka, która spóźniła się, wbrew zapowiedziom, zaledwie minutę. Co najlepsze ankiety były przeprowadzane w klasie tejże koleżanki, a osób było pięć. Co nie zmienia faktu, że wraz z początkiem mówienia zaczęło mi walić serce i miałam wrażenie, że zemdleję. I tak jest za każdym razem, przez pierwsze kilka minut.

Nawiązuje do tamtego wydarzenia z dwóch powodów. Dzisiaj prezentowałam referat na zajęciach z nową grupą, co było też dla mnie stresujące przez pierwsze kilka minut. I jutro przeprowadzam kolejne ankiety, tym razem w szkole publicznej z klasami trzydziestoosobowymi i na pewno mniej przyjaźnie nastawionymi. Pociesza mnie fakt, że będzie tam nauczyciel płci męskiej. Mam nadzieję, że cieszy się dużym respektem.

Jak sobie radzić ze stresem podczas wystąpień publicznych? Mi zazwyczaj pomagają głębokie oddechy przez ok. minutę. Co nie zmienia faktu, że wciąż nie opracowałam indywidualnego lekarstwa na stres. Na jednym ze szkoleń, na które często chadzam, doradzali, by przed wyjściem napiąć wszystkie mięśnie najsilniej jak się da, a później je rozluźnić. Podobno pomaga. Cóż, wypróbuję jutro. Życzcie mi powodzenia.

A więcej o ankietach i o projekcie przeczytacie tutaj: www.sempre.org.pl w zakładce Platforma Dialogu.

wtorek, 18 września 2012

Prezenty na dwudzieste urodziny

fot. Katie's Cupcake Muffiniarnia

 
Wiele osób spośród mojego grona znajomych ma urodziny we wrześniu, w przeciągu tygodnia od moich. Kwestia prezentów jest więc dość problematyczna. Nie tylko finansowo. Z doświadczeń tego roku sporządziłam krótką listę uniwersalnych prezentów na dwudzieste urodziny.

1. Gry pijackie. Praktyczne, wielokrotnego użytku. Rozkręcają imprezy i dają kolejne powody do picia, co lubi większość dwudziestolatków.

2. Muffiny. Ze względu na otwarcie Katie's Cupcake muffiny w Lublinie zrobiły się bardzo popularne. Muffiniarnia oferuje ciastka na zamówienie o dowolnym smaku i z dowolnymi zdobieniami. Nie dość, że są niedrogie, to jeszcze oryginalne i pyszne :). Na zdjęciu muffiny, które zamówiliśmy wraz z M. przyjaciółce na urodziny.
Muffiny można zamówić przez Facebooka, bądź osobiście.
 
3. Dla przyjaciółek bielizna. Każda kobieta lubi ładną bieliznę, ale nie każdej wypada ją wręczyć.

4. Wino. Wszyscy lubią winą. A przynajmniej piją.

5. Karta podarunkowa do ulubionego sklepu z doładowaną większą kwotą - fajnie, jak składa się kilka osób.
 
6. Biżuteria. Też raczej w przypadku bliskich osób, bo łatwo nie trafić w gust.

Oprócz tego warto wybadać, czy ktoś czegoś przypadkiem nie potrzebuje (np. pendrive'a) i wtedy mu to kupić. Sukces gwarantowany.

wtorek, 11 września 2012

Jak obchodzić dwudzieste urodziny

Mój nowy przyjaciel Charlie.

Większość moich znajomych dwudzieste urodziny przeżywa gorzej niż osiemnaste. Nie jestem wyjątkiem. Coś się kończy. Wchodzimy już w "- dzieścia", nie możemy już naszych głupich zachowań zwalić na bycie nastolatkiem.
Będąc na szkoleniu w Nasutowie, w miejscu, gdzie popełniłam wiele głupot, rozmyślałam nad tym wszystkim, nad dojrzewaniem i odpowiedzialnością za własne decyzje. Z tymi samymi ludźmi byłam w tym miejscu rok, dwa i trzy lata temu. Wracając zachowujemy się prawie tak samo, mimo doświadczeń między wyjazdami.

O północy zaczęli śpiewać mi sto lat i wręczyli prezent. Mimo że byłam potwornie zmęczona po pierwszej nocy, starałam się wytrwać jak najdłużej. Było ciężko. Dostałam grę "Węże i menele" oraz moją ulubiona lubelską cytrynówkę. Kilka miesięcy temu umówiliśmy się ze znajomymi, że będziemy sobie kupować pijackie gry na urodziny i są to już trzecie, gdy konsekwentnie trzymamy się postanowienia. Pierwsza była alkoholowa ruletka oraz jenga. Teraz czas na planszówkę.
Byłoby bardzo niekulturalnym z mojej strony zamknąć się z takim prezentem w pokoju. Trzeba było ochrzcić grę, zmęczenie grało tutaj rolę drugoplanową.


Błędem było to, że stwierdziliśmy w pewnym momencie, że jest za mało pól, na których się pije, więc piliśmy na wszystkich. W godzinę mnie nie było.

W niedzielę rano musiałam wracać do domu na rodzinny obiad. Wyszliśmy z M. o 10 z ośrodka i udaliśmy na oddalony półtora kilometra przystanek, na którym przypomnieliśmy sobie, że busy nie jeżdżą szczególnie często w niedzielę. Za to jeżdżą samochody. Postanowiliśmy złapać stopa. Długo nie musieliśmy czekać, bo zaraz znalazł się miły pan, który podrzucił nad do Niemiec (miejscowość k/Lublina), skąd równie szybko złapaliśmy samochód do Lublina. Zaoszczędziliśmy mnóstwo czasu, bo dojechaliśmy w pół godziny, tyle co jedzie bezpośrednio wynajęty bus.

Babcia zawsze gdy nas odwiedza przywozi dla mnie i mojego brata słodycze i owoce. Zawsze po równo, co do jednego cukiereczka, żebyśmy nie byli zazdrośni, ani nie mieli żadnego powodu, by się pokłócić. I mimo, że jesteśmy już dawno dorośli, wciąż trzyma się tej zasady.
Tym razem w swoich wyliczeniach uwzględniła również M. Czekolada dla mnie, dla brata, dla M. Snickers dla mnie, dla brata, dla M. Po nektarynce i po gruszce. I wszyscy szczęśliwi.

Po obiedzie razem z babcią, mamą i M. poszliśmy na spacer. Teraz parkiem można dojść bezpośrednio na babciny przystanek, z którego ma już chwilę do domu. Wcześniej nie było to takie proste.
Słońce chyliło się już ku zachodowi. W parku biegały psy, spacerowały rodziny z dziećmi i starsze małżeństwa. Szliśmy tak, trzy pokolenia kobiet - babcia, mama i ja - oraz M. Chyba nigdy tak nie odczuwałam przemijania jak podczas tamtego spaceru.

Wieczorem spotkaliśmy się w kilka osób na piwie. Na spokojnie, bez szaleństw. Poszliśmy na koncert Czesława w ramach Europejskiego Festiwalu Smaku, gdzie największą atrakcją było nadmuchiwanie balonów i rzucanie ich w tłum. Kupiliśmy dużo żelek Haribo na jednym z ulicznych stoisk. W końcu przeszliśmy się na stancję do koleżanki, gdzie potańczyliśmy Gangam Style, wypiliśmy alkohol i pogadaliśmy o praktycznych biznesach (np. proszek, który nie pierze. Skoro nie widać różnicy to po co przepłacać?).


W windzie w bloku koleżanki K., na której stancji byliśmy, jest taki fajny guzik. Podejrzewamy, że to inicjatywa sąsiada, który bardzo mocno identyfikuje się z narodem niemieckim. Na co dzień zajmuje się żebraniem na piwo, opowiadaniem o dziadku w Wermahcie i podśpiewywaniem nazistowskich piosenek.Po naciśnięciu guzika do windy wlatuje takie dziwne, zimne powietrze. Również podejrzewamy, że to sprawka sąsiada.

Było właśnie tak, jak sobie zaplanowałam i jak chciałam, biorąc pod uwagę, że następnego dnia szłam do pracy i byłoby niewskazane, by przyjść na kacu. Poza tym już trochę wyrosłam z tych szaleństw. Kiedyś trzeba dorosnąć.

PS. Zdałam poprawkę :).

piątek, 7 września 2012

Zaliczenie z gramatyki opisowej



 fot. ja. 2011

Próbowałam ostatnio kilkukrotnie dowiedzieć się, kiedy mam zaliczenie poprawkowe z gramatyki opisowej.
Wyjaśnijmy czym jest gramatyka opisowa:

Gramatyka opisowa zajmuje się opisem gramatycznych fenomenów językowych w zakresie odmiany poszczególnych części mowy oraz budowy zdania; w dalszej kolejności uwzględnia fonologię, słowotwórstwo, leksykę oraz semantykę.
Dla przeciętnego studenta romanistyki oznacza to, że nabędzie wiele bardzo przydatnych umiejętności, np. opis procesu dzielenia na sylaby.

Odpowiedź dostałam następnego dnia, czyli wczoraj. „Zapraszam we wtorek”. Tak, najbliższy. Czyli mam trzy dni na naukę, bo w poniedziałek wracam po tygodniowym urlopie do pracy.

Gdybym miała jeszcze z tego wykłady, a nie tylko ćwiczenia, może rozumiałabym coś więcej.
Gdybym miała więcej zapału do szukania regułek na francuskich stronach internetowych.
Gdyby moja mama nie miała operacji kilka dni po zaliczeniu, co uniemożliwiało mi skupienie.
Gdyby nie świeciło słońce, a jak już wiemy, słońce wpływa na mnie destrukcyjnie.

Cóż, w sesji letniej nie udało mi się tego zaliczyć. Warto dodać, że mam tylko dwa egzaminy w semestrze. Egzaminy stanowią podstawę średniej. Reszta to zaliczenia, które do średniej się nie liczą, co ma swoje plusy i minusy. W przypadku gramatyki opisowej jest to spory plus, bo nie chciałabym, żeby niechlubny „niedostateczny” obniżył moje wyniki i uniemożliwił tyle fajnych rzeczy, które można robić na studiach za dobrą średnią.

Jak na razie nauczyłam się jak są po francusku płuca, tchawica, krtań, gardło, struny głosowe i inne części les organes de la parole. Potem odkryłam, że nie mam 90% notatek, kserówek i definicji i skapitulowałam.

Dlaczego w pierwszym semestrze byłam takim przykładnym studentem, a w drugim tak bardzo mi się nie chciało, przez co musi mi się chcieć teraz?

Biorę od tego urlop. Jadę na szkolenie do Nasutowa na weekend i pouczę się wieczorami z przyjaciółką A., która wiernie komentuje tego bloga i jeszcze pożałuje tej propozycji.
Obudzę się w niedzielę w sztywnej, białej pościeli pachnącej Nasutowem, wezmę kąpiel w tej wannie, w której działo się już chyba wszystko, spojrzę na te miejsca, gdzie działy się najbardziej szalone rzeczy mojej nastoletniości i pożegnam „naście” w końcówce mojego wieku. A najważniejsze, że obudzę się w ten dzień koło M. i wszystko będzie na swoim miejscu. A ponoć przy trzydziestych urodzinach kobiety się załamują. Moje dwadzieścia również nie napawa mnie optymizmem.

czwartek, 6 września 2012

Kiedy znajdziemy się na zakręcie


fot. ja

W poniedziałek poszłam do pracy z typowym dla tego dnia tygodnia nastawieniem. „Ale mi się nie chce, a tobie?” było najczęstszym powtarzanym zdaniem przez pierwsze dwie godziny. Wyjątkowo łatwo się rozpraszałam i frustrowałam.
Moja niechęć do pracy długo nie trwała. Mijając paletę pełną paneli podłogowych potknęłam się o nią i runęłam na koleżankę. Dobrze, że nie na te panele. Niepotrzebna mi jeszcze stłuczona głowa.

Przez pierwsze dwadzieścia minut myślałam „poboli, zaraz przestanie”. Później zaczęłam się niepokoić, bo miałam spore trudności z chodzeniem. W związku z tym zgłosiłam kierownikowi, że nie mogę pracować w związku z przywaleniem w paletę. Został spisany protokół z wypadku i zostałam wysłana do lekarza.
Około jedenastej pierwszy raz zadzwoniłam do mamy, żeby po mnie przyjechała. Nie odbierała. Telefonu domowego też nie. Po półgodzinie zwątpiłam i zadzwoniłam do kumpla, który powiedział, że niedługo będzie. Po pięćdziesięciu minutach od pierwszego telefonu, w między czasie wielokrotnych próbach zlokalizowania rodzicielki przez tatę, babcię i przyjaciółkę, w końcu do mnie oddzwoniła pytając co się dzieje i że przyjechałaby do szpitala. W końcu mnie z niego odebrała, po trzech godzinach walki o prześwietlenie.

Polska służba zdrowia to koszmar. Zawsze o tym wiedziałam, szczególnie że jestem dość chorowitą osobą (bądź łajzą, jak mówią o mnie znajomi), ale nie spodziewałam się, że będę musiała czekać tyle czasu, by dowiedzieć się, że właściwie nic mi nie jest, mocno się potłukłam i powinnam leżeć w łóżku i robić okłady.

W między czasie spotkałam znajomych, którzy wracając samochodem z rozpoczęcia roku szkolnego wpadli w zakręt i dachowali. Na szczęście nic poważnego się im nie stało. Teraz się z tego śmieją i podśpiewują „kiedy znajdziemy się na zakręcie, co z nami będzie?..”

środa, 5 września 2012

Zaufanie rodziców


fot. slaskie.pl

M. wrócił do domu po spacerze z kolegami i zastał tatę przeszukującego mu portfel. Kilkadziesiąt minut później rozmawiamy na Gadu – Gadu.
M.: Moi rodzice myślą, że ćpam.
Ja: Czemu?
M.: Zamiast siąść na kompa zmyłem naczynia, posprzątałem pokój i zrobiłem piknik na balkonie.

wtorek, 4 września 2012

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia




Ostatnio siedziałyśmy na balkonie owinięte dwoma kocami i patrzyłyśmy na nasze osiedle, na niebo bez gwiazd i co chwila zasłaniany przez chmury księżyc. Widujemy się rzadko, ale kiedy do tego dochodzi mam wrażenie, jakbyśmy widziały się wczoraj. Wiem, że mogę powiedzieć jej wszystko, a ona zrozumie. Zawsze chciałam być taka jak ona, mieć taką łatwość w kontaktach z ludźmi, urok osobisty i radość życia.
Kolejny kubek gorącej czekolady, kolejne brzmienia klimatycznej muzyki i nagle mówi:
- Wiesz, cieszę się, że masz M., że jesteś taka zakochana i szczęśliwa. Wiesz co chcesz robić w życiu, tyle robisz teraz… Też bym tak chciała.
I nagle poczułam się dobrze w swojej skórze i że tak naprawdę niczego mi nie brakuje.

poniedziałek, 3 września 2012

Tęsknota za pierwszym dniem szkoły



 
M. zdał poprawki i dzisiaj jego pierwszy dzień w klasie maturalnej. Ja też chcę, ja też!

Zazdroszczę przede wszystkim tego, że w liceum wszyscy się troszczą, często w pokrętny sposób, ale jednak! Trzeba być naprawdę olewającym leniem, żeby nie zdać. Nauczyciel zawsze daje kolejną szansę, trzeba tylko w odpowiedni sposób z nim rozmawiać (kolejno rozmowy na poziomie: uczeń – nauczyciel, rodzic – nauczyciel, wychowawca – nauczyciel, dyrekcja – nauczyciel).

Zazdroszczę w miarę regularnych godzin chodzenia do szkoły, przerw, podczas których biega się na papierosa za szkołę.

Zazdroszczę możliwości wyboru. Przez rok może zdecydować się na jakiś rozsądny kierunek studiów, który pomoże mu w realizacji marzeń. Ja wzięłam pierwszy z brzegu, nie zastanawiając się szczególnie przez całe liceum, co chciałabym robić. Wybrałam dobrze, ale mogłam wybrać lepiej. Głupota boli później.

A przede wszystkim zazdroszczę atmosfery kupowania nowych książek, zeszytów i akcesoriów szkolnych. To zawsze najfajniejsza część szkoły! Na następne takie zakupy mogę pójść co najwyżej ze swoimi dziećmi, a do tego jeszcze mnóstwo czasu.

M. ma jeszcze rok. A żeby przez chwilę poczuć tę atmosferę szkoły poprawiam w tym roku maturę. Tak dla siebie.

niedziela, 2 września 2012

Dla studentów: Gdzie tanio zjeść w Lublinie?

Zazwyczaj w takich zestawieniach podaje się McDonald's, KFC i niezliczone kebaby. Chciałabym przedstawić trzy miejsca, które łączą dwie rzeczy - znajdują się w okolicy Miasteczka Akademickiego i można tam tanio zjeść.

 1. Fresh Market.
Kojarzycie przepyszne hot - dogi ze Statoila? Tutaj są identyczne. Tylko jeden nie kosztuje 5,50zł, a 2 - 2,50zł. A za latte na wynos zapłacimy 2zł.


Słusznie zakładałam, że sieć sklepów należy do Żabki Polska sp. z o.o.
M. mówi, że facet może się dwoma hot - dogami w miarę najeść. Dla kobiet jeden wystarczy. Brakuje jedynie ławeczki przed sklepem, żeby można było sobie spokojnie usiąść.
Lokalizacja: w pobliżu Miasteczka Akademickiego, na ul. Głębokiej 15.




2. ASAP bar
Reklamują się jako najlepszy kebab w Lublinie, ale nie z tego słyną.

Nie lubię kebabów, jednym z powodów jest to, że trudno się je spożywa. Podobno tutaj kebaba podają, ale najpopularniejszym ich produktem zdecydowanie jest grillowana kanapka. Nie dość, że jest przepyszna, można się nią najeść to na dodatek niewiele kosztuje - z szynką 7zł, droższa jest tylko z mięsem gyros i kosztuje 7,50zł.
Lokalizacja: obok klubu Archiwum, na Miasteczku Akademickim. pl. Marii Skłodowskiej-Curie 52



3. Pizzeria Imperium Smaku.
Miejsce raczej mało znane. Odkryłam je wczoraj przez polecenie przyjaciółki.

 Pizzy nie jadłam i nie wiem jak smakuje, ale to, co naprawdę się tam opłaca jeść to zapiekanki i frytki. Trzysta gram frytek kosztuje 4zł. Tyle samo kosztuje półmetrowa (!) zapiekanka, która jest zwyczajną zapiekaną bagietką z serem, pieczarkami i sosem z możliwością zamiany dodatków. Plusem jest również dowóz (min. 15zł, powyżej 18zł gratis).
Lokalizacja: ul. Narutowicza 69, tel. 81 53 45 444




Smacznego!

środa, 29 sierpnia 2012

Najważniejsza



Dzisiaj po pracy pojechałam do babci. Staram się odwiedzać ją na kilka godzin przynajmniej raz na dwa tygodnie. Ostatni raz byłam przed rozpoczęciem pracy, więc miałam jej trochę do opowiedzenia.

Kiedyś babcia bardzo mnie krytykowała. Nie byłam łatwym dzieckiem, chciałam żyć inaczej, po swojemu. Podejmowałam głupie decyzje. Miałam wrażenie, że babcia mnie wręcz nie lubi. Za każdym razem, gdy mnie widziała, mówiła coś negatywnego na mój temat. Teraz, od roku, znów we mnie wierzy. W słuszność moich decyzji, w moją nowo nabytą odpowiedzialność i rozsądek.
Gdy już się żegnałam w drzwiach, z windy wysiadł sąsiad. Przywitaliśmy się i babcia mówi z dumą:
- To moja wnuczka.
- Tak? Jakaś duża już ta wnuczka - odpowiada sąsiad.
- Studentka - mówi babcia, a w jej oczach jest tyle dumy i miłości, że łzy podchodzą mi do gardła. Mam ochotę wyskoczyć z windy i jeszcze raz ją przytulić i powiedzieć, jak wiele dla mnie znaczy. Nie muszę. Ona wie. I mam nadzieję, że będę miała jeszcze wiele okazji, by jej to udowodnić.

niedziela, 26 sierpnia 2012

Kryształowy Anioł - książka, która zmusza do refleksji.


 fot. Google

Ostatnio mama podrzuciła mi „Kryształowego Anioła” Katarzyny Grocholi. Nie spodziewałam się, że Grochola pisze aż tak dobrze. 500 - stronicową książkę przeczytałam w dwa dni jednym tchem z łzami cieknącymi po policzkach. Zazwyczaj nie płaczę. A na pewno nie ze wzruszenia, nie przy książkach i nie na filmach.

Główna bohaterka Sara jest niezadowolona ze swojego życia i próbuje coś w nim zmienić. Całe życie stoi w cieniu starszej kuzynki, jest nieśmiała, nie potrafi odmawiać i zmaga się z wadą wymowy. Nawet rodzina traktuje ją zawsze jako „tą gorszą”. Babcia bardziej kocha kuzynkę Idenę i stawia ją wiecznie za wzór, rodzice robią wszystko, o co ich kuzynka umiejętnie poprosi. Gdy Idena wprowadza się do nich po śmierci swoich rodziców dostaję tą lepszą część pokoju przy oknie i zawsze decyduje kiedy zgasić światło. Na kolejnych etapach dorastania zawsze jest krok do przodu. Ona dostaje się do ich wymarzonej szkoły, rodzi wspaniałego synka i jest popularną aktorką. Sarę zdradza narzeczony w przeddzień ślubu z jej najlepszą przyjaciółką i traci dwie najważniejsze osoby w swoim życiu. W końcu los uśmiecha się i do niej. Spotyka mężczyznę, w którym się zakochuje i biorą ślub. Przeprowadzają się z Poznania do Warszawy, z kawalerki do wielkiego mieszkania. Jej mąż świetnie zarabia, a ona zdobywa nową przyjaciółkę.
A potem wszystko się komplikuje.

Grochola precyzyjnie opisuje psychikę bohaterki. Czytelnik doskonale jest w stanie zrozumieć, co przeżywa, jakie uczucia nią targają i co jest motywacją jej decyzji.
Widać, jak przez nieśmiałość i brak pewności siebie nie jest w stanie wyrazić swoich potrzeb, uczuć i postawić na swoim. Widać też jak krok po kroku bohaterka dojrzewa do postrzegania rzeczywistości taką, jaka jest, nie przez pryzmat dziecięcych uprzedzeń i kompleksów. Zmienia się na naszych oczach.

Lubię książki, które zmuszają mnie do zastanowienia się nad własnym życiem. Lubię książki, które mnie ruszają, którymi się przejmuje i do których chcę wracać.
Dzięki niej zdałam sobie sprawę, że jeżeli nie będę odważnie i stanowczo wyrażać swojego zdania to zniknę w tłumie osób, które umieją wyrażać siebie doskonale i chętnie wykorzystają moje milczenie. Utwierdziłam się w przekonaniu, że każdy może decydować o swoim życiu, musi tylko zdać sobie z tego sprawę. Ale o tym w innym tekście.

Po przeczytaniu „Kryształowego Anioła”  moja mama rzuciła palenie po trzydziestu latach na rzecz papierosa elektronicznego i zaczęła się uczyć języka niemieckiego.

środa, 22 sierpnia 2012

Gdy nagle wszystko przestaje funkcjonować jak należy



Dziś był ten dzień. Dla większości kobiet oznacza to okres. Dla mnie świdrujący ból głowy, jakby ktoś jadł mój mózg.

Ból jest z prawej strony, na skroni i odrobinę niżej. Promieniuje na oko. Jest trochę taki jak od udaru słonecznego i trochę taki, jakby coś zaciskało mi się na mózgu. Pojawia się mniej więcej trzeciego dnia upałów. W lipcu przygważdżał mnie do łóżka i nie byłam w stanie się z niego podnieść przez cały dzień. Gdy zachodziło słońce szłam na spacer, by odetchnąć świeżym powietrzem, co pozytywnie wpływało na moją obolałą głowę.

Wszystko byłoby w porządku, dałoby się to znieść, gdyby nie to, że dzisiaj dopadł mnie w pracy. Razem z mdłościami. Do niczego się nie nadawałam, tak samo jak wczoraj. Czułam się z tym beznadziejnie, bardziej psychicznie niż fizycznie, bo czułam, że jestem kompletnie bezużyteczna. Siedziałam i kolejny raz ścierałam kurze z plastikowych opakowań różową szmatką nasączoną płynem do szyb. Wszyscy się ze mnie śmieją, że siedzę w kącie i bawię się folią bąbelkową. Cóż, trochę w tym prawdy jest, jak tylko wpadnie mi w ręce to się zachwycam i pykam, pykam, pykam. Ale to tak mimochodem, żeby się odstresować.

Pokonywanie własnych ograniczeń jest dowodem odwagi. Chciałabym być tak odważna, by pójść w końcu do lekarza i powiedzieć po raz kolejny "Boli mnie głowa, mam chore zatoki, proszę tym razem coś z tym zrobić, bo przy zmianach pogody nie mogę normalnie funkcjonować." Chciałabym by moje dni nie były uzależnione od tego, co się dzieje za oknem. Szczególnie w zimie, gdy czasem naprawdę muszę wyjść, a nie mogę, bo ból mnie paraliżuje. Byłam już u tylu lekarzy. Straciłam wiarę, że coś mi w końcu pomoże. Nie mam motywacji.

wtorek, 21 sierpnia 2012

Wesołe przypadki niezdarnej Agatki


Od początku mojej pracy nie robię niczego innego niż układanie akcesoriów łazienkowych. Znam już na pamięć wszystkie serie i ich nazwy, kolory oraz rozmieszczenie na metalowej półce. Obudzona w środku nocy mogłabym recytować bez mrugnięcia okiem. Ale dzisiaj nastąpił przełom.
Wracałam właśnie z magazynu z kolejnym kompletem dozowników (dystrybutorów bądź - wd. mojej koleżanki z pracy - dyfuzorów), kiedy okazało się, że mogę wreszcie zmienić moją alejkę i iść poukładać kleje do tapet. Niesamowicie się ucieszyłam, że wreszcie zacznę robić coś innego i z ochotą przystąpiłam do pracy.
Moje szczęście nie trwało długo.

Dwadzieścia minut do przerwy zaczęło mi się kręcić w głowie. Pomyślałam, że jestem po prostu głodna i nic sobie z tego nie robiąc wykładałam kleje dalej. Zaczęło mnie trochę mroczyć. Przysiadłam na chwilę i pomyślałam, że muszę jeść większe śniadania, bo najwyraźniej dwie kanapki to za mało jak na cztery godziny pracy fizycznej.

Zrobiło mi się trochę lepiej, gdy wyszłam na półgodzinną przerwę na dwór. Usiadłam później zadowolona w szatni, a koleżanki zaczęły się ze mnie śmiać.
- Ale się cieszysz po tych klejach, nawąchałaś się i teraz szczęśliwa.

Po przerwie układałam kleje przez kolejną godzinę. Zaczęły piec mnie oczy i nos. Drugie śniadanie podchodziło do gardła. Wypiłam kilka kubków wody, ale to nie pomogło. W pewnym momencie zauważyłam, że z wykładanych przeze mnie kartonowych pudełek sypie się pył, który osiada na moich rękawiczkach, którymi mimowolnie trę piekące mnie części ciała.

Jak łatwo się domyślić objawów wcale nie spowodował głód.
Kolejne dwie godziny prawie spałam na kolejno wykładanych dywanikach łazienkowych, nie mogłam się na niczym skoncentrować, byłam otępiała, potykałam się o wszystko i szumiało mi w uszach,. Koleżanki się ze mnie śmiały, że się naćpałam klejem. Cóż, po przeczytaniu objawów zatrucia tymże produktem w Internecie nie mam wątpliwości, iż faktycznie to nastąpiło.

"Senność, ból i zawroty głowy, zaburzenia koordynacji ruchowej, mdłości,
nadwrażliwość na światło."


Takie życie, człowiek się stara, chce dobrze pracować i nie może, bo jakiś klej stoi na drodze do trzeźwości.
Morał z tego taki, by zawsze uważać, z jakimi chemikaliami się obcuje i pamiętać o przepisach BHP, by móc z dumą przyczyniać się do rozwoju gospodarczego Ojczyzny. Amen.

niedziela, 19 sierpnia 2012

Awaria Facebooka.



Borze jedyny, Facebook nie działa. Po całodniowym, należnym odpoczynku od najpopularniejszego zjadacza czasu i prywatności, próbowałam dostać się na portal i wyskoczyła mi następująca wiadomość:

"Konto tymczasowo niedostepne
Twoje konto jest tymczasowo niedostępne z powodu wystąpienia problemu na stronie. Spodziewamy się, że problem zostanie wkrótce rozwiązany. Spróbuj ponownie za kilka minut."

Tak się ucieszyłam, że będę mogła oddać się lekturze, tym razem Pilipiuka "Wampir z M - 3", że postanowiłam podzielić się tym ze światem właśnie tutaj, moim prywatnym miejscu w sieci.

Facebook denerwuje mnie już od dłuższego czasu. Jedynym jego plusem jest tworzenie grup, które bardzo pomagają w przepływie informacji i wstawiana przez innych muzyka, moje nieustanne źródło inspiracji. No i strony typu "Art&Design", "Freshome" które codziennie wstawiają ciekawe treści. Zdjęć dodawać mi się za bardzo nie chce, upubliczniać krótkich notatatek ze swojego życia też nie. To co dzieje się u innych też jakoś nie za bardzo mnie interesuje.

Poważnym minusem jest fakt, że spora część moich znajomych traktuje Fejsa jako komunikator, więc chcąc z nimi czatować jestem zmuszona spędzać tam mnóstwo czasu. Jestem już jedną z niewielu korzystających z klasycznego Gadu - Gadu. Jeszcze gorsze jest to, że jak loguję się z telefonu, nawet na chwilkę, jeszcze kilka minut jestem online. I kiedy nie odpisuję na wiadomości ludzie często mają pretensje, że ich olewam i ignoruję i nie potrafią zrozumieć, że mnie tam nie ma. To że nie wyskakuje koło mojego imienia i nazwiska mały rysunek komórki to nie moja wina. Jeżeli mają do mnie jakąś pilną sprawę to niech kulturalnie zadzwonią, bądź napiszą sms - a. Na to, że na Facebooka prędko odpiszę proszę nie liczyć.

Czas wykorzystać zaoszczędzone minuty i poświęcić je na lekturę przed snem. Jutro znów praca. Przynajmniej mam po co wstawać z łóżka, leniuchowanie w pewnym momencie robi się już nudne.

czwartek, 16 sierpnia 2012

Lublin, moje miasto.

 fot. garnek.pl

Generalnie lubię moje miasto. Jest trochę jak przygarnięty, zabiedzony szczeniak - przybrudzone, odrobinę zaniedbane, ma swoje dziwaczne przyzwyczajenia, których nic nie jest w stanie wyplenić oraz charakterystyczną mentalność związaną z, w przypadku szczeniaka miejscem, w którym się wychowywał do czasu przygarnięcia, w przypadku miasta - położeniem geograficznym, kulturą oraz historią.

Inspiracją do dzisiejszej notki była wzmianka o Lublinie w najnowszym numerze Newsweeka (33/2012), gdzie zaliczono go do głównych miast Polski. Zazwyczaj jest pomijany. Gdy przewróciłam kilka stron znalazłam również artykuł o Majdanku, lubelskiej dzielnicy, na której znajduje się były obóz zagłady. I zrobiło mi się tak miło, że wreszcie moje miasto jest wymieniane w innym kontekście niż najbiedniejszy region kraju, najbiedniejszy region UE (przed wejściem Rumunii do wspólnoty), przodownik statystyk dotyczących bezrobocia, kiepskiego wykształcenia itp.


W przeciągu ostatnich kilku lat wiele się tutaj zmieniło. Jako przeciętny obywatel najbardziej doceniam transformację MPK Lublin w ZTM Lublin. Moje codzienne podróże autobusami rozpoczęłam siedem lat temu, w pierwszej klasie gimnazjum. Wtedy większość kursów obsługiwał historyczny Ikarus, bohater lubelskich happeningów, kiedy przyszło nam się z nim żegnać. Od tego czasu niemalże wszystkie pojazdy zostały wymienione. W niektórych już działa klimatyzacja. Przewoźnik prywatny został wchłonięty przez ZTM, więc nie muszę się martwić, czy na pewno mam złotówkę w kieszeni, w razie gdyby podjechał.

Ostatnio zamontowano nowe przystanki, tablice oraz wyświetlacze, na których pojawia się rzeczywisty czas przyjazdu autobusu na podstawie nadajników GPS zamontowanych w autobusach. Posiadamy również iPlaner (odpowiednik jakdojade.pl popularnego w innych miastach), który również świetnie spełnia swoje funkcje.

Ceny biletów rosną nieznacznie w porównaniu do ciągłego wzrostu jakości usług. W końcu udało się rozładować kolejki do kierowcy po bilet przez wprowadzenie biletów jednorazowych u kierowców o dwadzieścia groszy droższych i biletów czasowych, dostępnych tylko i wyłącznie w kioskach i biletomatach. Bilet miesięczny na wszystkie linie to jedynie 42zł. A bilet rodzinny dla rodzin, których liczba dzieci to minimum cztery kosztuje 10zł rocznie (a korzystają z niego wszyscy).

Kiedy tylko znajduję się w innym mieście (wyjątek: Warszawa) ubolewam nad brakiem tak świetnej komunikacji, jak w Lublinie.

M. mówi, że za każdym razem jak do mnie przyjeżdża, to coś się zmienia. Zawsze jest coś nowego, nowy remont, nowa impreza, nowy przystanek. Miasto żyje. Nieustannie powstają nowe ścieżki rowerowe, remontują główne ulice, Park Saski, a jeden festiwal goni kolejny, m.in. Carnaval Sztukmistrzów, zbliżający się Jarmark Jagielloński, ostatnio Europejska Konwencja Żonglerska, Noc Kultury, Falkon.

W Lublinie są ogromne możliwości zaangażowania się w działalność wolontariacką. NGO jest tutaj bardzo rozwinięte, wciąż powstają nowe organizacje o różnym charakterze, bardzo często kulturalnym, które są bardzo widoczne i animują życie miasta i jego mieszkańców. Lubelszczyzna jest na jednym z pierwszych miejsc pod względem pozyskiwania środków na inicjatywy obywatelskie.

Aktualnie są robione zdjęcia do nowego serialu  "Wszystko przed nami". Będzie emitowany na TVP jesienią. Zdecydowanie przyczyni się on do promocji Koziego Grodu i pokazania go w innym świetle, niż media.

Kolega wyjechał studiować w Krakowie. Gdy spotkaliśmy się niedawno na kawie, stwierdził, że mało się tam dzieje w porównaniu z Lublinem. Władze miasta osiadły na laurach, nie ma tak wielu miejskich imprez, na które każdy idzie, bo wie, że są fajne. Kraków nie musi starać się o widoczność w kraju, Europie i na świecie nie muszą - i tak są jednym z najbardziej rozpoznawalnych miast. Lublin do tego pretenduje. I jak na razie idzie mu świetnie.

środa, 15 sierpnia 2012

Czego nie robić pierwszego dnia w pracy



Początki są trudne. Pierwszy dzień w szkole, na studiach, w nowej pracy może stresować i jest to całkowicie uzasadnione strachem przed nieznanym.
Mnie takie rzeczy niespecjalnie ruszają. Dzisiaj byłam ciekawa i trochę podekscytowana. W końcu był to pierwszy dzień w pracy takiej od ósmej do szesnastej, gdzie mam określony zakres rzeczy do zrobienia, a jak nie skończę to zostawiam sobie na następny dzień. I już wiem, dokładnie wiem, że nie mogłabym tak całe życie, nawet pół życia, ba, więcej niż ten miesiąc! Teraz doceniam fakt, że studiuję, co zwiększy moje szanse na znalezienie pracy na takich warunkach, jakie mi odpowiadają. Czyli zupełnie innych niż tutaj.

Krótki poradnik jak ułatwić sobie pierwszy dzień:
1) Nie należy dosłownie przejmować się zaleceniami ze strony przełożonych. Nikt nie chodzi w butach z twardymi noskami (chyba, że pracuje przy sprzęcie cięższym niż akcesoria łazienkowe), które przyprawiły mnie o niesamowity ból stóp i strasznie męczyły.
2) Nie należy dzień wcześniej spać do czternastej, usprawiedliwiając się "jutro wstaję rano do pracy". W efekcie spałam niecałe trzy godziny i w pracy byłam zombie.
3) Nie należy kupować wody, bo i tak nie bierze się jej ze sobą z szatni, a w pokoju socjalnym jest dozownik z zimną wodą.
4) Wszystko co jest potrzebne do pracy zostawić w bardzo widocznym miejscu przed wyjściem - schowałam przygotowaną dzień wcześniej kanapkę gdzieś między garnkami w lodówce i zapomniałam jej wziąć.
5) Kawa, kawa, kawa. Bądź inne ciepłe napoje.

Poczułam się trochę jak w liceum. Niby są jakieś zalecenia oraz przepisy (np. zmienne obuwie w szkole, zakaz zostawiania uczniów samych w klasie), ale tak naprawdę nikt ich nie przestrzega i jest to na pokaz. Odzwyczaiłam się od tego na studiach i teraz ciężko jest mi się przestawić, szczególnie, że kiedy mi na czymś zależy staram się wykonywać to jak najlepiej, w szczególności w pracy. Moja skrupulatność została nagrodzona bólem nóg i pragnieniem snu.
Spotkałam za to przemiłych ludzi, w szczególności płci męskiej, którzy wciąż się do mnie uśmiechali, pytali, o samopoczucie, czy w czymś mi pomóc, może coś przenieść. Wiedziałam, że nie jestem skazana tylko na siebie.

Nie rozumiem tylko jednego. Jak można nie rozumieć po co mi folia bąbelkowa?!
Tylko kierownik mnie zrozumiał i udzielił pozwolenia na zabranie ze sobą zapasu tego cudownego odstresowywacza. 

piątek, 10 sierpnia 2012

Dlaczego warto lajkować strony firm?

Źródło: terazgry.pl


Kilka postów temu pisałam o moim i M. szczęściu w Gdańsku, gdy znaleźliśmy 20zł. Moja szczęśliwa passa trwa.

W liceum był taki trend, by lajkować różne strony typu "Iść na imprezę jak Audrey Hepburn, wracać jak Courtney Love". Z tego powodu musiałam skasować konto na Facebooku i założyć nowe, bo idiotycznych stron o treści alkoholowo - hedonistycznej miałam około sześciuset. Próby kasowania skończyły się po godzinie, gdy udało mi się usunąć z profilu pięćdziesiąt.

Teraz klikam przycisk "Lubię to!" na stronach różnych organizacji społecznych, fajnych miejsc w moim mieście, ulubionych przewoźników, bloggerów, których czytam oraz akcji, które popieram. Ostatnio zaczęłam gubić się na stronie internetowej Kuriera Lubelskiego, więc polubiłam ich stronę na Facebooku, by skrótowo poznawać najważniejsze informacje z mojego miasta.

Tym sposobem dzisiaj wygrałam pojedynczą wejściówkę na baseny Słoneczny Wrotków. Przeglądając Facebooka w autobusie, zauważyłam, że pierwsze kilka osób, które wyślą maila ze swoim imieniem i nazwiskiem, wygrywają, więc wysłałam. W oczekiwaniu na lekarza medycyny pracy już dostałam powiadomienie o wygranej.
Jak tylko zrobi się ciepło, wpadam popływać, może akurat moje gardło wyzdrowieje do tego czasu.

Kolejną stroną, dzięki której moje życie stało się weselsze, jest fan page Muffiniarni Katie's Cupcake. Z okazji pięciotysięcznego kliknięcia "Lubię to!" można było dostać cup cake'a gratis. Wystarczyło napisać "Sweet life muffin" w komentarzu i być jedną z pięciu pierwszych osób. Czasami częste odświeżanie fejsa się opłaca.

Poza tym, mimo że wczoraj podpisałam umowę, odezwali się do mnie z kolejnego potencjalnego miejsca pracy, że są mną zainteresowani. Ale ja dzisiaj odebrałam swój roboczy kask, jestem już zajęta.
Idę jeszcze puścić kupon w lotto i przymierzam się do konkursu fotograficznego. Trzeba korzystać, a nuż niedługo zacznę mieć pecha.

czwartek, 9 sierpnia 2012

Do pracy!

Źródło: castorama.pl

Dzisiaj, ku mojej ogromnej radości, podpisałam umowę zlecenie. Ha, chciałoby się napisać o pracę, ale kto w dzisiejszych czasach przejmowałby się ubezpieczeniem jakiegoś tam pracownika. Po kilku miesiącach pracy intelektualnej na zaszczytnym dla studenta pierwszego roku stanowisku redaktora gazety, postanowiłam wrócić do pracy fizycznej, która mi dużo bardziej odpowiada z kilku powodów. Po pierwsze jest lepiej płatna - jako redaktor płacono mi od numeru gazety i nie były to duże pieniądze. Na dodatek nigdy na czas. Tutaj za miesiąc pracy dostanę tyle, co tam za kilka. Po drugie - mam jasny zakres obowiązków w określonych godzinach i nie muszę zabierać pracy do domu, ani w żaden sposób o niej myśleć. Po trzecie - praca fizyczna mnie relaksuje. Rok temu pracowałam podczas inwentaryzacji i uwielbiałam liczyć mydła, układać je w wymyślonym przeze mnie porządku kolorystycznym, segregować zabawki i pudełka lodów. Lubię ład i porządek oraz kiedy wszystko jest policzone i odpowiednio poukładane według mojej wizji. Bardzo mnie to relaksuje, mogę sobie wtedy spokojnie przemyśleć całe moje życie i w takich chwilach wpadam zazwyczaj na najlepsze pomysły. Tym razem będzie to wykładanie towaru, z czego mam się zająć kwestiami bardziej estetycznymi, niż fizycznymi, co tym bardziej mi odpowiada. Zaczynam w przyszłym tygodniu, zaraz po zrobieniu badań o zdolności do pracy na wysokościach. 
Castoramo, przybywam!

środa, 8 sierpnia 2012

Lubię spontan



Lubię spontaniczne wypady z przyjaciółmi, które rodzą się zwykle z błahej propozycji, a kończą fajną przygodą.
Wczoraj z dwójką znajomych siedzieliśmy sobie u mnie w kuchni pijąc yerbę i jedząc kanapki, gdy nagle w głowie koleżanki O. zrodził się pomysł.
- P. zawsze opowiada, że jeździ za miasto z ziomkami i jest spoko i oglądają zachód słońca i jest spoko i zawsze jest spoko jak jeżdżą za miasto. Pojedźmy za miasto na piwo!
Dokończyliśmy jedzenie, zaopatrzyliśmy się w pobliskim sklepie w prowiant na wycieczkę i postanowiliśmy jechać krajową dziewiętnastką, aż znajdziemy przyjazną polanę, na której możemy spocząć.
Po kilkunastu kilometrach po lewej stronie pojawiła się droga, która wyglądała zachęcająco. Wprawdzie nie prowadziła na żadną polankę, właściwie wyglądała, jakby nie prowadziła nigdzie. W zasięgu wzroku nie dało się dojrzeć końca, ale po kilkudziesięciu metrach zatrzymaliśmy się na środku i spoczęliśmy obok samochodu.

Przez kilka godzin nikt nie zakłócił naszego spokoju. Niebo było piękne, pełne gwiazd. Jedna nawet spadła. Niedaleko znajduje się lotnisko, więc co chwilę mrugały samoloty. W pewnym momencie położyliśmy się na masce (jak w amerykańskich filmach) i przez długi czas snuliśmy refleksje na tematy różne. Aż nie chciało się wracać do cywilizacji.

A gdy tylko wróciliśmy trafiliśmy na grupę pijanych buraków, którzy w centrum miasta zakłócali spokój porządnych obywateli, więc tym bardziej pożałowaliśmy, że nie zostaliśmy na tej polanie gdzieś pomiędzy Lublinem, a Kraśnikiem.

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Sny prorocze



Dzisiaj trochę o snach proroczych.
Budzę się w godzinach porannych, bardzo wczesnych, co rzadko mi się zdarza z własnej woli w wakacje. Moje sny zazwyczaj są barwne, kolorowe, psychodeliczne, stąd zaraz po przebudzeniu opowiadam je pierwszej napotkanej przeze mnie osobie. Tym razem padło na śpiącego obok M.

- Śniło mi się, że złapały cię kanary. Jak będziesz wracał do domu to kup bilet.

M. w mieście Lublinie, w którym mieszkam, regularnie korzysta z komunikacji miejskiej od roku. Zawsze kasuje bilet, bądź posiada bilet okresowy. Nigdy nie spotkał kontrolerów, często oskarżał mnie, że ich sobie wymyśliłam. W ostatnim czasie kilkukrotnie zdarzyło mu się jechać, zazwyczaj w komunikacji nocnej, bez biletu. Jadąc na dworzec PKP również miał zamiar tak zrobić, ale pod wpływem mojego snu bilet kupił.

M. wsiadł do autobusu na pierwszym przystanku na trasie, a na kolejnym wsiedli kontrolerzy biletów. Stwierdził, że nigdy więcej nie zwątpi w moją kobiecą intuicję i już zawsze będzie jej słuchał.

niedziela, 5 sierpnia 2012

Myśli tułacze

Ja, jako stickman.

Nie jestem osobą, która lubi długo siedzieć w jednym miejscu. Kiedy poczuję klimat wędrówek, powrót do domu sprawia mi ogromną trudność. Po krótkiej wycieczce do Trójmiasta, pojechałam 600km na południe do Zwierzyńca, pokonując tę długą trasę trzema środkami transportu.
Po czterech dniach szkolenia w tym rozmów, odkrywania siebie i innych, spakowałam walizkę by kolejne dwa dni spędzić w oddalonym 10km Szczebrzeszynie u M., wrócić na 15h do domu, żeby uprać ubrania i pojechać nad jezioro do Kunowa na kolejne dwa dni.

Mistrzem wyjazdu była moja mama mieszkająca na planecie Kasia, gdzie jej brat (40 lat) w opowiadanych historiach jest wiecznym pięciolatkiem, nieustannie podróżują lub pracują i świetnie się bawią. Mówi o tym, jakie solarium jest rakotwórcze, z powodu czego nigdy go nie odwiedzi, w między czasie odpalając kolejnego papierosa. Krzyczy na mnie, że nie karmię M., osobiście rozpieszczając go jego ulubionym spaghetti, którego nienawidzę.

Wieś Kunów byłaby idealnym tłem dla wydarzeń rodem z filmu grozy - wampiry, wilkołaki, itp. Z niewiadomych przyczyn miejscowi witają się ze mną w sklepie. Sklep jest typowo wiejski - blaszana buda z ograniczoną liczbą artykułów spożywczych ze stałym wyposażeniem w postaci okolicznych żuli pijących w obrębie budynku. Sprzedawczyni z kiepską trwałą podaje nam Pepsi w puszce z lodówki, która nie działa. Przynajmniej lody mają odpowiednią temperaturę. W drodze powrotnej mija nas mnóstwo rozszczekanych psów, które milkną na nasz widok. Za nami gra muzyka, paradoksalnie będąc coraz głośniejszą w miarę oddalania się od punktu emisji, co potęguje wrażenie psychodeli. Zachodzi słońce. Coś biega po krzakach, wieś wydaje się wymarła. Brzmi znajomo? Dla mnie brzmiało na tyle, by do końca pobytu nie chodzić samotnie w ustronne miejsca.

niedziela, 29 lipca 2012

Karma



Wierzę w karmę. Zawsze wierzyłam, że wszystkie dobre rzeczy, które robię, mimo że przez jakiś czas nie przynoszą efektów, pewnego dnia zwrócą mi się w jakiejś formie. Dlatego staram się pomagać wszystkim w miarę możliwości nie zakrawając o wykorzystanie i żyć według uznawanych przeze mnie kodeksów moralnych.

Skończyły nam się pieniądze. Jakoś tak wszystko poszło na jedzenie, na nowe bikini, Aqua Park, szampana i inne, niezwykle ważne i potrzebne do życia rzeczy. Wymeldowaliśmy się z hotelu, zostawiliśmy bagaże i postanowiliśmy, że czas do busa (6:00) poświęcimy na zwiedzanie. Mając 12zł w kieszeni na przeżycie dwóch dni najpierw odwiedziliśmy z M. po raz ostatni plażę, poszliśmy zjeść, pograliśmy w warcaby (muszelki kontra groszaki) i jakoś tak odkryliśmy, że zostało nam zaledwie kilka złotych. Nabrałam takiego przeczucia... Co ma być to będzie. Może akurat jakiś milioner będzie chciał wyrzucić walizkę pieniędzy do mola, stwierdzając, że pieniądze szczęścia nie dają, a my przekonamy go, żeby dał nam chociaż 100zł, co zdecydowanie poprawiłoby naszą sytuację materialną.
Zwiedzając Starówkę trochę się zmęczyliśmy, więc przysiedliśmy na dworcu popijając kolejne kubki wielkiej dolewki z KFC. 
M.: Statystycznie na tym dworcu powinny leżeć przynajmniej trzy portfele. Tyle tu ludzi. Komunikaty po niemiecku. Ludzie co chwila coś gubią.

Ciężko nie zgodzić się ze statystykami, a skoro i tak nie mieliśmy nic lepszego do roboty postanowiliśmy odnaleźć zagubione pieniądze przy okazji snując domysły o urządzeniu terenowym do wyszukiwania porzuconych banknotów.

Zdobycze:

- 20zł 6 gr
- Zapalniczka
- 7 papierosów

Historia z zapalniczką była najzabawniejsza. Po odnalezieniu papierosów na molo w Sopocie nie mieliśmy czym ich odpalić. Zwróciłam się do M.:
- Karma działa! Zobaczysz. Podejdę do tej ławki, a tam będzie ogień.
Zadziwiające, że moje przewidywania się spełniły.

Dzięki znalezionym 20zł mogliśmy kupić bilety na SKM do Sopotu, by ostatnią noc spędzić popijając szampana na molo, patrząc gwiazdy i kontemplować miniony pierwszy rok razem. Romantycznie zdecydowaliśmy się wrócić plażą do Gdańska do hotelu, gdzie zostawiliśmy bagaże. Zakładaliśmy, że to jakieś 2 kilometry. Myliliśmy się. To było osiem kilometrów. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło - może tym razem uda nam się całkowicie przespać pięciogodzinną podróż z Gdańska do Warszawy i trochę wypocząć.

sobota, 28 lipca 2012

Wakacji w Trójmieście ciąg dalszy




Wciąż w Trójmieście. Dzisiaj razem z M. postanowiliśmy pojechać do Sopotu Szybką Kolejką Miejską. Bilet studencki „Tam i z powrotem” na trasie Gdańsk Oliwa – Sopot kosztował mnie tylko 2,50zł - prawie tyle samo co przejazd autobusem z dworca na Kamienny Potok. Nie ogarniam tego systemu.

Głównym celem wycieczki był Aqua Park. Z pomocą nawigacji w telefonie (która usiłowała wprowadzić nas w błąd, niedobra!) udało nam się bez większych problemów dotrzeć na miejsce. Nigdy wcześniej nie byłam w Aqua Parku. Teraz wiem, że jeżeli kiedykolwiek pojawię się w mieście, w którym się znajduje to na pewno wpadnę.
Spodziewałam się chyba trochę więcej zjeżdżalni i atrakcji, ale to co zastałam było aż nadto wystarczające jak na godzinę pływania. Najlepsza była dzika rzeka, gdzie przez kilka minut spływało się rwącym nurtem w różne części basenu z dużą prędkością kończąc w 1,5 metrowym zbiorniku. Zjechałam tak chyba z pięć razy. Obudziła się we mnie taka dziecięca chęć zabawy, aktywnej rozrywki, która jest czymś więcej niż chodzeniem do kina i na kręgle. Żałuję, że nie posiedzieliśmy w jacuzzi. Nie było miejsca.
Najbardziej opłaca się korzystać z wakacyjnej promocji porannej – za godzinę pływania uprzywilejowani ulgą zapłacą tylko 11zł. W normalnej taryfie taka przyjemność kosztuje 18zł. Moim zdaniem cena jest mocno wygórowana – za te pieniądze spodziewałam się mimo wszystko czegoś lepszego. Ale i tak było fajnie.

Pisząc to M. walczy z pszczołami, które tak samo jak my uwielbiają Warkę Radler i nieustannie próbują się poczęstować, a przy okazji nas użądlić, żeby pokazać, kto tu rządzi. Pod oknem mamy cmentarz pszczół, chyba niedaleko jest gniazdo. Co chwila o szybę rozbija się również gołąb. Często gościmy również przerośnięte ćmy. Trójmiasto jest pełne miłych zwierzątek.

Najzabawniejszą rzeczą w Sopocie jest chyba to, że znajduje się pod wpływem Gdyni i Gdańska. Nie ma własnej komunikacji miejskiej – część autobusów obsługuje ZKM Gdynia, a część ZTM Gdańsk. Początkowo ciężko się połapać, ale gdy już zrezygnuje się zupełnie z tego sposobu podróżowania wszystko jest okej. Spacerowanie plażą jest najlepszą formą przemieszczania. Jest dużo czystsza niż w Gdańsku i mniej zaludniona, może dlatego że woda jest sporo brudniejsza. Wygląda jak błoto.



Monciak – główna ulica Sopotu – jest niesamowicie klimatycznym miejscem. Budynki przypominają architekturę Rygi, prawdopodobnie większość głównych nadbałtyckich miast może się taką poszczycić. Kolorowe kamienice w pastelowych kolorach o fantazyjnych, nieco bajkowych kształtach, sławny Krzywy Domek, mnóstwo kebabów oraz rosyjskich turystów pozwalają poczuć tę specyficzną atmosferę nadmorskiego turystycznego miasteczka. Czuć, że miasto, mimo niewielkich rozmiarów, tętni życiem, wiele się tu dzieje, każdy może znaleźć taką formę rozrywki, która mu odpowiada.



Z powodu oszczędności postanowiliśmy wyprowadzić się z hotelu dobę wcześniej, zostawić walizki w przechowalni bagażu i pozwiedzać przez ten czas Trójmiasto własnym rytmem. Bez pośpiechu, w nocy, bez zbędnego hałasu i nadmiaru turystów. Posiedzieć na molo w Sopocie bez koszmarnej opłaty 8zł za osobę, posłuchać muzyki, pomilczeć. Takie chwile są najpiękniejsze.