środa, 29 sierpnia 2012

Najważniejsza



Dzisiaj po pracy pojechałam do babci. Staram się odwiedzać ją na kilka godzin przynajmniej raz na dwa tygodnie. Ostatni raz byłam przed rozpoczęciem pracy, więc miałam jej trochę do opowiedzenia.

Kiedyś babcia bardzo mnie krytykowała. Nie byłam łatwym dzieckiem, chciałam żyć inaczej, po swojemu. Podejmowałam głupie decyzje. Miałam wrażenie, że babcia mnie wręcz nie lubi. Za każdym razem, gdy mnie widziała, mówiła coś negatywnego na mój temat. Teraz, od roku, znów we mnie wierzy. W słuszność moich decyzji, w moją nowo nabytą odpowiedzialność i rozsądek.
Gdy już się żegnałam w drzwiach, z windy wysiadł sąsiad. Przywitaliśmy się i babcia mówi z dumą:
- To moja wnuczka.
- Tak? Jakaś duża już ta wnuczka - odpowiada sąsiad.
- Studentka - mówi babcia, a w jej oczach jest tyle dumy i miłości, że łzy podchodzą mi do gardła. Mam ochotę wyskoczyć z windy i jeszcze raz ją przytulić i powiedzieć, jak wiele dla mnie znaczy. Nie muszę. Ona wie. I mam nadzieję, że będę miała jeszcze wiele okazji, by jej to udowodnić.

niedziela, 26 sierpnia 2012

Kryształowy Anioł - książka, która zmusza do refleksji.


 fot. Google

Ostatnio mama podrzuciła mi „Kryształowego Anioła” Katarzyny Grocholi. Nie spodziewałam się, że Grochola pisze aż tak dobrze. 500 - stronicową książkę przeczytałam w dwa dni jednym tchem z łzami cieknącymi po policzkach. Zazwyczaj nie płaczę. A na pewno nie ze wzruszenia, nie przy książkach i nie na filmach.

Główna bohaterka Sara jest niezadowolona ze swojego życia i próbuje coś w nim zmienić. Całe życie stoi w cieniu starszej kuzynki, jest nieśmiała, nie potrafi odmawiać i zmaga się z wadą wymowy. Nawet rodzina traktuje ją zawsze jako „tą gorszą”. Babcia bardziej kocha kuzynkę Idenę i stawia ją wiecznie za wzór, rodzice robią wszystko, o co ich kuzynka umiejętnie poprosi. Gdy Idena wprowadza się do nich po śmierci swoich rodziców dostaję tą lepszą część pokoju przy oknie i zawsze decyduje kiedy zgasić światło. Na kolejnych etapach dorastania zawsze jest krok do przodu. Ona dostaje się do ich wymarzonej szkoły, rodzi wspaniałego synka i jest popularną aktorką. Sarę zdradza narzeczony w przeddzień ślubu z jej najlepszą przyjaciółką i traci dwie najważniejsze osoby w swoim życiu. W końcu los uśmiecha się i do niej. Spotyka mężczyznę, w którym się zakochuje i biorą ślub. Przeprowadzają się z Poznania do Warszawy, z kawalerki do wielkiego mieszkania. Jej mąż świetnie zarabia, a ona zdobywa nową przyjaciółkę.
A potem wszystko się komplikuje.

Grochola precyzyjnie opisuje psychikę bohaterki. Czytelnik doskonale jest w stanie zrozumieć, co przeżywa, jakie uczucia nią targają i co jest motywacją jej decyzji.
Widać, jak przez nieśmiałość i brak pewności siebie nie jest w stanie wyrazić swoich potrzeb, uczuć i postawić na swoim. Widać też jak krok po kroku bohaterka dojrzewa do postrzegania rzeczywistości taką, jaka jest, nie przez pryzmat dziecięcych uprzedzeń i kompleksów. Zmienia się na naszych oczach.

Lubię książki, które zmuszają mnie do zastanowienia się nad własnym życiem. Lubię książki, które mnie ruszają, którymi się przejmuje i do których chcę wracać.
Dzięki niej zdałam sobie sprawę, że jeżeli nie będę odważnie i stanowczo wyrażać swojego zdania to zniknę w tłumie osób, które umieją wyrażać siebie doskonale i chętnie wykorzystają moje milczenie. Utwierdziłam się w przekonaniu, że każdy może decydować o swoim życiu, musi tylko zdać sobie z tego sprawę. Ale o tym w innym tekście.

Po przeczytaniu „Kryształowego Anioła”  moja mama rzuciła palenie po trzydziestu latach na rzecz papierosa elektronicznego i zaczęła się uczyć języka niemieckiego.

środa, 22 sierpnia 2012

Gdy nagle wszystko przestaje funkcjonować jak należy



Dziś był ten dzień. Dla większości kobiet oznacza to okres. Dla mnie świdrujący ból głowy, jakby ktoś jadł mój mózg.

Ból jest z prawej strony, na skroni i odrobinę niżej. Promieniuje na oko. Jest trochę taki jak od udaru słonecznego i trochę taki, jakby coś zaciskało mi się na mózgu. Pojawia się mniej więcej trzeciego dnia upałów. W lipcu przygważdżał mnie do łóżka i nie byłam w stanie się z niego podnieść przez cały dzień. Gdy zachodziło słońce szłam na spacer, by odetchnąć świeżym powietrzem, co pozytywnie wpływało na moją obolałą głowę.

Wszystko byłoby w porządku, dałoby się to znieść, gdyby nie to, że dzisiaj dopadł mnie w pracy. Razem z mdłościami. Do niczego się nie nadawałam, tak samo jak wczoraj. Czułam się z tym beznadziejnie, bardziej psychicznie niż fizycznie, bo czułam, że jestem kompletnie bezużyteczna. Siedziałam i kolejny raz ścierałam kurze z plastikowych opakowań różową szmatką nasączoną płynem do szyb. Wszyscy się ze mnie śmieją, że siedzę w kącie i bawię się folią bąbelkową. Cóż, trochę w tym prawdy jest, jak tylko wpadnie mi w ręce to się zachwycam i pykam, pykam, pykam. Ale to tak mimochodem, żeby się odstresować.

Pokonywanie własnych ograniczeń jest dowodem odwagi. Chciałabym być tak odważna, by pójść w końcu do lekarza i powiedzieć po raz kolejny "Boli mnie głowa, mam chore zatoki, proszę tym razem coś z tym zrobić, bo przy zmianach pogody nie mogę normalnie funkcjonować." Chciałabym by moje dni nie były uzależnione od tego, co się dzieje za oknem. Szczególnie w zimie, gdy czasem naprawdę muszę wyjść, a nie mogę, bo ból mnie paraliżuje. Byłam już u tylu lekarzy. Straciłam wiarę, że coś mi w końcu pomoże. Nie mam motywacji.

wtorek, 21 sierpnia 2012

Wesołe przypadki niezdarnej Agatki


Od początku mojej pracy nie robię niczego innego niż układanie akcesoriów łazienkowych. Znam już na pamięć wszystkie serie i ich nazwy, kolory oraz rozmieszczenie na metalowej półce. Obudzona w środku nocy mogłabym recytować bez mrugnięcia okiem. Ale dzisiaj nastąpił przełom.
Wracałam właśnie z magazynu z kolejnym kompletem dozowników (dystrybutorów bądź - wd. mojej koleżanki z pracy - dyfuzorów), kiedy okazało się, że mogę wreszcie zmienić moją alejkę i iść poukładać kleje do tapet. Niesamowicie się ucieszyłam, że wreszcie zacznę robić coś innego i z ochotą przystąpiłam do pracy.
Moje szczęście nie trwało długo.

Dwadzieścia minut do przerwy zaczęło mi się kręcić w głowie. Pomyślałam, że jestem po prostu głodna i nic sobie z tego nie robiąc wykładałam kleje dalej. Zaczęło mnie trochę mroczyć. Przysiadłam na chwilę i pomyślałam, że muszę jeść większe śniadania, bo najwyraźniej dwie kanapki to za mało jak na cztery godziny pracy fizycznej.

Zrobiło mi się trochę lepiej, gdy wyszłam na półgodzinną przerwę na dwór. Usiadłam później zadowolona w szatni, a koleżanki zaczęły się ze mnie śmiać.
- Ale się cieszysz po tych klejach, nawąchałaś się i teraz szczęśliwa.

Po przerwie układałam kleje przez kolejną godzinę. Zaczęły piec mnie oczy i nos. Drugie śniadanie podchodziło do gardła. Wypiłam kilka kubków wody, ale to nie pomogło. W pewnym momencie zauważyłam, że z wykładanych przeze mnie kartonowych pudełek sypie się pył, który osiada na moich rękawiczkach, którymi mimowolnie trę piekące mnie części ciała.

Jak łatwo się domyślić objawów wcale nie spowodował głód.
Kolejne dwie godziny prawie spałam na kolejno wykładanych dywanikach łazienkowych, nie mogłam się na niczym skoncentrować, byłam otępiała, potykałam się o wszystko i szumiało mi w uszach,. Koleżanki się ze mnie śmiały, że się naćpałam klejem. Cóż, po przeczytaniu objawów zatrucia tymże produktem w Internecie nie mam wątpliwości, iż faktycznie to nastąpiło.

"Senność, ból i zawroty głowy, zaburzenia koordynacji ruchowej, mdłości,
nadwrażliwość na światło."


Takie życie, człowiek się stara, chce dobrze pracować i nie może, bo jakiś klej stoi na drodze do trzeźwości.
Morał z tego taki, by zawsze uważać, z jakimi chemikaliami się obcuje i pamiętać o przepisach BHP, by móc z dumą przyczyniać się do rozwoju gospodarczego Ojczyzny. Amen.

niedziela, 19 sierpnia 2012

Awaria Facebooka.



Borze jedyny, Facebook nie działa. Po całodniowym, należnym odpoczynku od najpopularniejszego zjadacza czasu i prywatności, próbowałam dostać się na portal i wyskoczyła mi następująca wiadomość:

"Konto tymczasowo niedostepne
Twoje konto jest tymczasowo niedostępne z powodu wystąpienia problemu na stronie. Spodziewamy się, że problem zostanie wkrótce rozwiązany. Spróbuj ponownie za kilka minut."

Tak się ucieszyłam, że będę mogła oddać się lekturze, tym razem Pilipiuka "Wampir z M - 3", że postanowiłam podzielić się tym ze światem właśnie tutaj, moim prywatnym miejscu w sieci.

Facebook denerwuje mnie już od dłuższego czasu. Jedynym jego plusem jest tworzenie grup, które bardzo pomagają w przepływie informacji i wstawiana przez innych muzyka, moje nieustanne źródło inspiracji. No i strony typu "Art&Design", "Freshome" które codziennie wstawiają ciekawe treści. Zdjęć dodawać mi się za bardzo nie chce, upubliczniać krótkich notatatek ze swojego życia też nie. To co dzieje się u innych też jakoś nie za bardzo mnie interesuje.

Poważnym minusem jest fakt, że spora część moich znajomych traktuje Fejsa jako komunikator, więc chcąc z nimi czatować jestem zmuszona spędzać tam mnóstwo czasu. Jestem już jedną z niewielu korzystających z klasycznego Gadu - Gadu. Jeszcze gorsze jest to, że jak loguję się z telefonu, nawet na chwilkę, jeszcze kilka minut jestem online. I kiedy nie odpisuję na wiadomości ludzie często mają pretensje, że ich olewam i ignoruję i nie potrafią zrozumieć, że mnie tam nie ma. To że nie wyskakuje koło mojego imienia i nazwiska mały rysunek komórki to nie moja wina. Jeżeli mają do mnie jakąś pilną sprawę to niech kulturalnie zadzwonią, bądź napiszą sms - a. Na to, że na Facebooka prędko odpiszę proszę nie liczyć.

Czas wykorzystać zaoszczędzone minuty i poświęcić je na lekturę przed snem. Jutro znów praca. Przynajmniej mam po co wstawać z łóżka, leniuchowanie w pewnym momencie robi się już nudne.

czwartek, 16 sierpnia 2012

Lublin, moje miasto.

 fot. garnek.pl

Generalnie lubię moje miasto. Jest trochę jak przygarnięty, zabiedzony szczeniak - przybrudzone, odrobinę zaniedbane, ma swoje dziwaczne przyzwyczajenia, których nic nie jest w stanie wyplenić oraz charakterystyczną mentalność związaną z, w przypadku szczeniaka miejscem, w którym się wychowywał do czasu przygarnięcia, w przypadku miasta - położeniem geograficznym, kulturą oraz historią.

Inspiracją do dzisiejszej notki była wzmianka o Lublinie w najnowszym numerze Newsweeka (33/2012), gdzie zaliczono go do głównych miast Polski. Zazwyczaj jest pomijany. Gdy przewróciłam kilka stron znalazłam również artykuł o Majdanku, lubelskiej dzielnicy, na której znajduje się były obóz zagłady. I zrobiło mi się tak miło, że wreszcie moje miasto jest wymieniane w innym kontekście niż najbiedniejszy region kraju, najbiedniejszy region UE (przed wejściem Rumunii do wspólnoty), przodownik statystyk dotyczących bezrobocia, kiepskiego wykształcenia itp.


W przeciągu ostatnich kilku lat wiele się tutaj zmieniło. Jako przeciętny obywatel najbardziej doceniam transformację MPK Lublin w ZTM Lublin. Moje codzienne podróże autobusami rozpoczęłam siedem lat temu, w pierwszej klasie gimnazjum. Wtedy większość kursów obsługiwał historyczny Ikarus, bohater lubelskich happeningów, kiedy przyszło nam się z nim żegnać. Od tego czasu niemalże wszystkie pojazdy zostały wymienione. W niektórych już działa klimatyzacja. Przewoźnik prywatny został wchłonięty przez ZTM, więc nie muszę się martwić, czy na pewno mam złotówkę w kieszeni, w razie gdyby podjechał.

Ostatnio zamontowano nowe przystanki, tablice oraz wyświetlacze, na których pojawia się rzeczywisty czas przyjazdu autobusu na podstawie nadajników GPS zamontowanych w autobusach. Posiadamy również iPlaner (odpowiednik jakdojade.pl popularnego w innych miastach), który również świetnie spełnia swoje funkcje.

Ceny biletów rosną nieznacznie w porównaniu do ciągłego wzrostu jakości usług. W końcu udało się rozładować kolejki do kierowcy po bilet przez wprowadzenie biletów jednorazowych u kierowców o dwadzieścia groszy droższych i biletów czasowych, dostępnych tylko i wyłącznie w kioskach i biletomatach. Bilet miesięczny na wszystkie linie to jedynie 42zł. A bilet rodzinny dla rodzin, których liczba dzieci to minimum cztery kosztuje 10zł rocznie (a korzystają z niego wszyscy).

Kiedy tylko znajduję się w innym mieście (wyjątek: Warszawa) ubolewam nad brakiem tak świetnej komunikacji, jak w Lublinie.

M. mówi, że za każdym razem jak do mnie przyjeżdża, to coś się zmienia. Zawsze jest coś nowego, nowy remont, nowa impreza, nowy przystanek. Miasto żyje. Nieustannie powstają nowe ścieżki rowerowe, remontują główne ulice, Park Saski, a jeden festiwal goni kolejny, m.in. Carnaval Sztukmistrzów, zbliżający się Jarmark Jagielloński, ostatnio Europejska Konwencja Żonglerska, Noc Kultury, Falkon.

W Lublinie są ogromne możliwości zaangażowania się w działalność wolontariacką. NGO jest tutaj bardzo rozwinięte, wciąż powstają nowe organizacje o różnym charakterze, bardzo często kulturalnym, które są bardzo widoczne i animują życie miasta i jego mieszkańców. Lubelszczyzna jest na jednym z pierwszych miejsc pod względem pozyskiwania środków na inicjatywy obywatelskie.

Aktualnie są robione zdjęcia do nowego serialu  "Wszystko przed nami". Będzie emitowany na TVP jesienią. Zdecydowanie przyczyni się on do promocji Koziego Grodu i pokazania go w innym świetle, niż media.

Kolega wyjechał studiować w Krakowie. Gdy spotkaliśmy się niedawno na kawie, stwierdził, że mało się tam dzieje w porównaniu z Lublinem. Władze miasta osiadły na laurach, nie ma tak wielu miejskich imprez, na które każdy idzie, bo wie, że są fajne. Kraków nie musi starać się o widoczność w kraju, Europie i na świecie nie muszą - i tak są jednym z najbardziej rozpoznawalnych miast. Lublin do tego pretenduje. I jak na razie idzie mu świetnie.

środa, 15 sierpnia 2012

Czego nie robić pierwszego dnia w pracy



Początki są trudne. Pierwszy dzień w szkole, na studiach, w nowej pracy może stresować i jest to całkowicie uzasadnione strachem przed nieznanym.
Mnie takie rzeczy niespecjalnie ruszają. Dzisiaj byłam ciekawa i trochę podekscytowana. W końcu był to pierwszy dzień w pracy takiej od ósmej do szesnastej, gdzie mam określony zakres rzeczy do zrobienia, a jak nie skończę to zostawiam sobie na następny dzień. I już wiem, dokładnie wiem, że nie mogłabym tak całe życie, nawet pół życia, ba, więcej niż ten miesiąc! Teraz doceniam fakt, że studiuję, co zwiększy moje szanse na znalezienie pracy na takich warunkach, jakie mi odpowiadają. Czyli zupełnie innych niż tutaj.

Krótki poradnik jak ułatwić sobie pierwszy dzień:
1) Nie należy dosłownie przejmować się zaleceniami ze strony przełożonych. Nikt nie chodzi w butach z twardymi noskami (chyba, że pracuje przy sprzęcie cięższym niż akcesoria łazienkowe), które przyprawiły mnie o niesamowity ból stóp i strasznie męczyły.
2) Nie należy dzień wcześniej spać do czternastej, usprawiedliwiając się "jutro wstaję rano do pracy". W efekcie spałam niecałe trzy godziny i w pracy byłam zombie.
3) Nie należy kupować wody, bo i tak nie bierze się jej ze sobą z szatni, a w pokoju socjalnym jest dozownik z zimną wodą.
4) Wszystko co jest potrzebne do pracy zostawić w bardzo widocznym miejscu przed wyjściem - schowałam przygotowaną dzień wcześniej kanapkę gdzieś między garnkami w lodówce i zapomniałam jej wziąć.
5) Kawa, kawa, kawa. Bądź inne ciepłe napoje.

Poczułam się trochę jak w liceum. Niby są jakieś zalecenia oraz przepisy (np. zmienne obuwie w szkole, zakaz zostawiania uczniów samych w klasie), ale tak naprawdę nikt ich nie przestrzega i jest to na pokaz. Odzwyczaiłam się od tego na studiach i teraz ciężko jest mi się przestawić, szczególnie, że kiedy mi na czymś zależy staram się wykonywać to jak najlepiej, w szczególności w pracy. Moja skrupulatność została nagrodzona bólem nóg i pragnieniem snu.
Spotkałam za to przemiłych ludzi, w szczególności płci męskiej, którzy wciąż się do mnie uśmiechali, pytali, o samopoczucie, czy w czymś mi pomóc, może coś przenieść. Wiedziałam, że nie jestem skazana tylko na siebie.

Nie rozumiem tylko jednego. Jak można nie rozumieć po co mi folia bąbelkowa?!
Tylko kierownik mnie zrozumiał i udzielił pozwolenia na zabranie ze sobą zapasu tego cudownego odstresowywacza. 

piątek, 10 sierpnia 2012

Dlaczego warto lajkować strony firm?

Źródło: terazgry.pl


Kilka postów temu pisałam o moim i M. szczęściu w Gdańsku, gdy znaleźliśmy 20zł. Moja szczęśliwa passa trwa.

W liceum był taki trend, by lajkować różne strony typu "Iść na imprezę jak Audrey Hepburn, wracać jak Courtney Love". Z tego powodu musiałam skasować konto na Facebooku i założyć nowe, bo idiotycznych stron o treści alkoholowo - hedonistycznej miałam około sześciuset. Próby kasowania skończyły się po godzinie, gdy udało mi się usunąć z profilu pięćdziesiąt.

Teraz klikam przycisk "Lubię to!" na stronach różnych organizacji społecznych, fajnych miejsc w moim mieście, ulubionych przewoźników, bloggerów, których czytam oraz akcji, które popieram. Ostatnio zaczęłam gubić się na stronie internetowej Kuriera Lubelskiego, więc polubiłam ich stronę na Facebooku, by skrótowo poznawać najważniejsze informacje z mojego miasta.

Tym sposobem dzisiaj wygrałam pojedynczą wejściówkę na baseny Słoneczny Wrotków. Przeglądając Facebooka w autobusie, zauważyłam, że pierwsze kilka osób, które wyślą maila ze swoim imieniem i nazwiskiem, wygrywają, więc wysłałam. W oczekiwaniu na lekarza medycyny pracy już dostałam powiadomienie o wygranej.
Jak tylko zrobi się ciepło, wpadam popływać, może akurat moje gardło wyzdrowieje do tego czasu.

Kolejną stroną, dzięki której moje życie stało się weselsze, jest fan page Muffiniarni Katie's Cupcake. Z okazji pięciotysięcznego kliknięcia "Lubię to!" można było dostać cup cake'a gratis. Wystarczyło napisać "Sweet life muffin" w komentarzu i być jedną z pięciu pierwszych osób. Czasami częste odświeżanie fejsa się opłaca.

Poza tym, mimo że wczoraj podpisałam umowę, odezwali się do mnie z kolejnego potencjalnego miejsca pracy, że są mną zainteresowani. Ale ja dzisiaj odebrałam swój roboczy kask, jestem już zajęta.
Idę jeszcze puścić kupon w lotto i przymierzam się do konkursu fotograficznego. Trzeba korzystać, a nuż niedługo zacznę mieć pecha.

czwartek, 9 sierpnia 2012

Do pracy!

Źródło: castorama.pl

Dzisiaj, ku mojej ogromnej radości, podpisałam umowę zlecenie. Ha, chciałoby się napisać o pracę, ale kto w dzisiejszych czasach przejmowałby się ubezpieczeniem jakiegoś tam pracownika. Po kilku miesiącach pracy intelektualnej na zaszczytnym dla studenta pierwszego roku stanowisku redaktora gazety, postanowiłam wrócić do pracy fizycznej, która mi dużo bardziej odpowiada z kilku powodów. Po pierwsze jest lepiej płatna - jako redaktor płacono mi od numeru gazety i nie były to duże pieniądze. Na dodatek nigdy na czas. Tutaj za miesiąc pracy dostanę tyle, co tam za kilka. Po drugie - mam jasny zakres obowiązków w określonych godzinach i nie muszę zabierać pracy do domu, ani w żaden sposób o niej myśleć. Po trzecie - praca fizyczna mnie relaksuje. Rok temu pracowałam podczas inwentaryzacji i uwielbiałam liczyć mydła, układać je w wymyślonym przeze mnie porządku kolorystycznym, segregować zabawki i pudełka lodów. Lubię ład i porządek oraz kiedy wszystko jest policzone i odpowiednio poukładane według mojej wizji. Bardzo mnie to relaksuje, mogę sobie wtedy spokojnie przemyśleć całe moje życie i w takich chwilach wpadam zazwyczaj na najlepsze pomysły. Tym razem będzie to wykładanie towaru, z czego mam się zająć kwestiami bardziej estetycznymi, niż fizycznymi, co tym bardziej mi odpowiada. Zaczynam w przyszłym tygodniu, zaraz po zrobieniu badań o zdolności do pracy na wysokościach. 
Castoramo, przybywam!

środa, 8 sierpnia 2012

Lubię spontan



Lubię spontaniczne wypady z przyjaciółmi, które rodzą się zwykle z błahej propozycji, a kończą fajną przygodą.
Wczoraj z dwójką znajomych siedzieliśmy sobie u mnie w kuchni pijąc yerbę i jedząc kanapki, gdy nagle w głowie koleżanki O. zrodził się pomysł.
- P. zawsze opowiada, że jeździ za miasto z ziomkami i jest spoko i oglądają zachód słońca i jest spoko i zawsze jest spoko jak jeżdżą za miasto. Pojedźmy za miasto na piwo!
Dokończyliśmy jedzenie, zaopatrzyliśmy się w pobliskim sklepie w prowiant na wycieczkę i postanowiliśmy jechać krajową dziewiętnastką, aż znajdziemy przyjazną polanę, na której możemy spocząć.
Po kilkunastu kilometrach po lewej stronie pojawiła się droga, która wyglądała zachęcająco. Wprawdzie nie prowadziła na żadną polankę, właściwie wyglądała, jakby nie prowadziła nigdzie. W zasięgu wzroku nie dało się dojrzeć końca, ale po kilkudziesięciu metrach zatrzymaliśmy się na środku i spoczęliśmy obok samochodu.

Przez kilka godzin nikt nie zakłócił naszego spokoju. Niebo było piękne, pełne gwiazd. Jedna nawet spadła. Niedaleko znajduje się lotnisko, więc co chwilę mrugały samoloty. W pewnym momencie położyliśmy się na masce (jak w amerykańskich filmach) i przez długi czas snuliśmy refleksje na tematy różne. Aż nie chciało się wracać do cywilizacji.

A gdy tylko wróciliśmy trafiliśmy na grupę pijanych buraków, którzy w centrum miasta zakłócali spokój porządnych obywateli, więc tym bardziej pożałowaliśmy, że nie zostaliśmy na tej polanie gdzieś pomiędzy Lublinem, a Kraśnikiem.

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Sny prorocze



Dzisiaj trochę o snach proroczych.
Budzę się w godzinach porannych, bardzo wczesnych, co rzadko mi się zdarza z własnej woli w wakacje. Moje sny zazwyczaj są barwne, kolorowe, psychodeliczne, stąd zaraz po przebudzeniu opowiadam je pierwszej napotkanej przeze mnie osobie. Tym razem padło na śpiącego obok M.

- Śniło mi się, że złapały cię kanary. Jak będziesz wracał do domu to kup bilet.

M. w mieście Lublinie, w którym mieszkam, regularnie korzysta z komunikacji miejskiej od roku. Zawsze kasuje bilet, bądź posiada bilet okresowy. Nigdy nie spotkał kontrolerów, często oskarżał mnie, że ich sobie wymyśliłam. W ostatnim czasie kilkukrotnie zdarzyło mu się jechać, zazwyczaj w komunikacji nocnej, bez biletu. Jadąc na dworzec PKP również miał zamiar tak zrobić, ale pod wpływem mojego snu bilet kupił.

M. wsiadł do autobusu na pierwszym przystanku na trasie, a na kolejnym wsiedli kontrolerzy biletów. Stwierdził, że nigdy więcej nie zwątpi w moją kobiecą intuicję i już zawsze będzie jej słuchał.

niedziela, 5 sierpnia 2012

Myśli tułacze

Ja, jako stickman.

Nie jestem osobą, która lubi długo siedzieć w jednym miejscu. Kiedy poczuję klimat wędrówek, powrót do domu sprawia mi ogromną trudność. Po krótkiej wycieczce do Trójmiasta, pojechałam 600km na południe do Zwierzyńca, pokonując tę długą trasę trzema środkami transportu.
Po czterech dniach szkolenia w tym rozmów, odkrywania siebie i innych, spakowałam walizkę by kolejne dwa dni spędzić w oddalonym 10km Szczebrzeszynie u M., wrócić na 15h do domu, żeby uprać ubrania i pojechać nad jezioro do Kunowa na kolejne dwa dni.

Mistrzem wyjazdu była moja mama mieszkająca na planecie Kasia, gdzie jej brat (40 lat) w opowiadanych historiach jest wiecznym pięciolatkiem, nieustannie podróżują lub pracują i świetnie się bawią. Mówi o tym, jakie solarium jest rakotwórcze, z powodu czego nigdy go nie odwiedzi, w między czasie odpalając kolejnego papierosa. Krzyczy na mnie, że nie karmię M., osobiście rozpieszczając go jego ulubionym spaghetti, którego nienawidzę.

Wieś Kunów byłaby idealnym tłem dla wydarzeń rodem z filmu grozy - wampiry, wilkołaki, itp. Z niewiadomych przyczyn miejscowi witają się ze mną w sklepie. Sklep jest typowo wiejski - blaszana buda z ograniczoną liczbą artykułów spożywczych ze stałym wyposażeniem w postaci okolicznych żuli pijących w obrębie budynku. Sprzedawczyni z kiepską trwałą podaje nam Pepsi w puszce z lodówki, która nie działa. Przynajmniej lody mają odpowiednią temperaturę. W drodze powrotnej mija nas mnóstwo rozszczekanych psów, które milkną na nasz widok. Za nami gra muzyka, paradoksalnie będąc coraz głośniejszą w miarę oddalania się od punktu emisji, co potęguje wrażenie psychodeli. Zachodzi słońce. Coś biega po krzakach, wieś wydaje się wymarła. Brzmi znajomo? Dla mnie brzmiało na tyle, by do końca pobytu nie chodzić samotnie w ustronne miejsca.