wtorek, 18 września 2012

Prezenty na dwudzieste urodziny

fot. Katie's Cupcake Muffiniarnia

 
Wiele osób spośród mojego grona znajomych ma urodziny we wrześniu, w przeciągu tygodnia od moich. Kwestia prezentów jest więc dość problematyczna. Nie tylko finansowo. Z doświadczeń tego roku sporządziłam krótką listę uniwersalnych prezentów na dwudzieste urodziny.

1. Gry pijackie. Praktyczne, wielokrotnego użytku. Rozkręcają imprezy i dają kolejne powody do picia, co lubi większość dwudziestolatków.

2. Muffiny. Ze względu na otwarcie Katie's Cupcake muffiny w Lublinie zrobiły się bardzo popularne. Muffiniarnia oferuje ciastka na zamówienie o dowolnym smaku i z dowolnymi zdobieniami. Nie dość, że są niedrogie, to jeszcze oryginalne i pyszne :). Na zdjęciu muffiny, które zamówiliśmy wraz z M. przyjaciółce na urodziny.
Muffiny można zamówić przez Facebooka, bądź osobiście.
 
3. Dla przyjaciółek bielizna. Każda kobieta lubi ładną bieliznę, ale nie każdej wypada ją wręczyć.

4. Wino. Wszyscy lubią winą. A przynajmniej piją.

5. Karta podarunkowa do ulubionego sklepu z doładowaną większą kwotą - fajnie, jak składa się kilka osób.
 
6. Biżuteria. Też raczej w przypadku bliskich osób, bo łatwo nie trafić w gust.

Oprócz tego warto wybadać, czy ktoś czegoś przypadkiem nie potrzebuje (np. pendrive'a) i wtedy mu to kupić. Sukces gwarantowany.

wtorek, 11 września 2012

Jak obchodzić dwudzieste urodziny

Mój nowy przyjaciel Charlie.

Większość moich znajomych dwudzieste urodziny przeżywa gorzej niż osiemnaste. Nie jestem wyjątkiem. Coś się kończy. Wchodzimy już w "- dzieścia", nie możemy już naszych głupich zachowań zwalić na bycie nastolatkiem.
Będąc na szkoleniu w Nasutowie, w miejscu, gdzie popełniłam wiele głupot, rozmyślałam nad tym wszystkim, nad dojrzewaniem i odpowiedzialnością za własne decyzje. Z tymi samymi ludźmi byłam w tym miejscu rok, dwa i trzy lata temu. Wracając zachowujemy się prawie tak samo, mimo doświadczeń między wyjazdami.

O północy zaczęli śpiewać mi sto lat i wręczyli prezent. Mimo że byłam potwornie zmęczona po pierwszej nocy, starałam się wytrwać jak najdłużej. Było ciężko. Dostałam grę "Węże i menele" oraz moją ulubiona lubelską cytrynówkę. Kilka miesięcy temu umówiliśmy się ze znajomymi, że będziemy sobie kupować pijackie gry na urodziny i są to już trzecie, gdy konsekwentnie trzymamy się postanowienia. Pierwsza była alkoholowa ruletka oraz jenga. Teraz czas na planszówkę.
Byłoby bardzo niekulturalnym z mojej strony zamknąć się z takim prezentem w pokoju. Trzeba było ochrzcić grę, zmęczenie grało tutaj rolę drugoplanową.


Błędem było to, że stwierdziliśmy w pewnym momencie, że jest za mało pól, na których się pije, więc piliśmy na wszystkich. W godzinę mnie nie było.

W niedzielę rano musiałam wracać do domu na rodzinny obiad. Wyszliśmy z M. o 10 z ośrodka i udaliśmy na oddalony półtora kilometra przystanek, na którym przypomnieliśmy sobie, że busy nie jeżdżą szczególnie często w niedzielę. Za to jeżdżą samochody. Postanowiliśmy złapać stopa. Długo nie musieliśmy czekać, bo zaraz znalazł się miły pan, który podrzucił nad do Niemiec (miejscowość k/Lublina), skąd równie szybko złapaliśmy samochód do Lublina. Zaoszczędziliśmy mnóstwo czasu, bo dojechaliśmy w pół godziny, tyle co jedzie bezpośrednio wynajęty bus.

Babcia zawsze gdy nas odwiedza przywozi dla mnie i mojego brata słodycze i owoce. Zawsze po równo, co do jednego cukiereczka, żebyśmy nie byli zazdrośni, ani nie mieli żadnego powodu, by się pokłócić. I mimo, że jesteśmy już dawno dorośli, wciąż trzyma się tej zasady.
Tym razem w swoich wyliczeniach uwzględniła również M. Czekolada dla mnie, dla brata, dla M. Snickers dla mnie, dla brata, dla M. Po nektarynce i po gruszce. I wszyscy szczęśliwi.

Po obiedzie razem z babcią, mamą i M. poszliśmy na spacer. Teraz parkiem można dojść bezpośrednio na babciny przystanek, z którego ma już chwilę do domu. Wcześniej nie było to takie proste.
Słońce chyliło się już ku zachodowi. W parku biegały psy, spacerowały rodziny z dziećmi i starsze małżeństwa. Szliśmy tak, trzy pokolenia kobiet - babcia, mama i ja - oraz M. Chyba nigdy tak nie odczuwałam przemijania jak podczas tamtego spaceru.

Wieczorem spotkaliśmy się w kilka osób na piwie. Na spokojnie, bez szaleństw. Poszliśmy na koncert Czesława w ramach Europejskiego Festiwalu Smaku, gdzie największą atrakcją było nadmuchiwanie balonów i rzucanie ich w tłum. Kupiliśmy dużo żelek Haribo na jednym z ulicznych stoisk. W końcu przeszliśmy się na stancję do koleżanki, gdzie potańczyliśmy Gangam Style, wypiliśmy alkohol i pogadaliśmy o praktycznych biznesach (np. proszek, który nie pierze. Skoro nie widać różnicy to po co przepłacać?).


W windzie w bloku koleżanki K., na której stancji byliśmy, jest taki fajny guzik. Podejrzewamy, że to inicjatywa sąsiada, który bardzo mocno identyfikuje się z narodem niemieckim. Na co dzień zajmuje się żebraniem na piwo, opowiadaniem o dziadku w Wermahcie i podśpiewywaniem nazistowskich piosenek.Po naciśnięciu guzika do windy wlatuje takie dziwne, zimne powietrze. Również podejrzewamy, że to sprawka sąsiada.

Było właśnie tak, jak sobie zaplanowałam i jak chciałam, biorąc pod uwagę, że następnego dnia szłam do pracy i byłoby niewskazane, by przyjść na kacu. Poza tym już trochę wyrosłam z tych szaleństw. Kiedyś trzeba dorosnąć.

PS. Zdałam poprawkę :).

piątek, 7 września 2012

Zaliczenie z gramatyki opisowej



 fot. ja. 2011

Próbowałam ostatnio kilkukrotnie dowiedzieć się, kiedy mam zaliczenie poprawkowe z gramatyki opisowej.
Wyjaśnijmy czym jest gramatyka opisowa:

Gramatyka opisowa zajmuje się opisem gramatycznych fenomenów językowych w zakresie odmiany poszczególnych części mowy oraz budowy zdania; w dalszej kolejności uwzględnia fonologię, słowotwórstwo, leksykę oraz semantykę.
Dla przeciętnego studenta romanistyki oznacza to, że nabędzie wiele bardzo przydatnych umiejętności, np. opis procesu dzielenia na sylaby.

Odpowiedź dostałam następnego dnia, czyli wczoraj. „Zapraszam we wtorek”. Tak, najbliższy. Czyli mam trzy dni na naukę, bo w poniedziałek wracam po tygodniowym urlopie do pracy.

Gdybym miała jeszcze z tego wykłady, a nie tylko ćwiczenia, może rozumiałabym coś więcej.
Gdybym miała więcej zapału do szukania regułek na francuskich stronach internetowych.
Gdyby moja mama nie miała operacji kilka dni po zaliczeniu, co uniemożliwiało mi skupienie.
Gdyby nie świeciło słońce, a jak już wiemy, słońce wpływa na mnie destrukcyjnie.

Cóż, w sesji letniej nie udało mi się tego zaliczyć. Warto dodać, że mam tylko dwa egzaminy w semestrze. Egzaminy stanowią podstawę średniej. Reszta to zaliczenia, które do średniej się nie liczą, co ma swoje plusy i minusy. W przypadku gramatyki opisowej jest to spory plus, bo nie chciałabym, żeby niechlubny „niedostateczny” obniżył moje wyniki i uniemożliwił tyle fajnych rzeczy, które można robić na studiach za dobrą średnią.

Jak na razie nauczyłam się jak są po francusku płuca, tchawica, krtań, gardło, struny głosowe i inne części les organes de la parole. Potem odkryłam, że nie mam 90% notatek, kserówek i definicji i skapitulowałam.

Dlaczego w pierwszym semestrze byłam takim przykładnym studentem, a w drugim tak bardzo mi się nie chciało, przez co musi mi się chcieć teraz?

Biorę od tego urlop. Jadę na szkolenie do Nasutowa na weekend i pouczę się wieczorami z przyjaciółką A., która wiernie komentuje tego bloga i jeszcze pożałuje tej propozycji.
Obudzę się w niedzielę w sztywnej, białej pościeli pachnącej Nasutowem, wezmę kąpiel w tej wannie, w której działo się już chyba wszystko, spojrzę na te miejsca, gdzie działy się najbardziej szalone rzeczy mojej nastoletniości i pożegnam „naście” w końcówce mojego wieku. A najważniejsze, że obudzę się w ten dzień koło M. i wszystko będzie na swoim miejscu. A ponoć przy trzydziestych urodzinach kobiety się załamują. Moje dwadzieścia również nie napawa mnie optymizmem.

czwartek, 6 września 2012

Kiedy znajdziemy się na zakręcie


fot. ja

W poniedziałek poszłam do pracy z typowym dla tego dnia tygodnia nastawieniem. „Ale mi się nie chce, a tobie?” było najczęstszym powtarzanym zdaniem przez pierwsze dwie godziny. Wyjątkowo łatwo się rozpraszałam i frustrowałam.
Moja niechęć do pracy długo nie trwała. Mijając paletę pełną paneli podłogowych potknęłam się o nią i runęłam na koleżankę. Dobrze, że nie na te panele. Niepotrzebna mi jeszcze stłuczona głowa.

Przez pierwsze dwadzieścia minut myślałam „poboli, zaraz przestanie”. Później zaczęłam się niepokoić, bo miałam spore trudności z chodzeniem. W związku z tym zgłosiłam kierownikowi, że nie mogę pracować w związku z przywaleniem w paletę. Został spisany protokół z wypadku i zostałam wysłana do lekarza.
Około jedenastej pierwszy raz zadzwoniłam do mamy, żeby po mnie przyjechała. Nie odbierała. Telefonu domowego też nie. Po półgodzinie zwątpiłam i zadzwoniłam do kumpla, który powiedział, że niedługo będzie. Po pięćdziesięciu minutach od pierwszego telefonu, w między czasie wielokrotnych próbach zlokalizowania rodzicielki przez tatę, babcię i przyjaciółkę, w końcu do mnie oddzwoniła pytając co się dzieje i że przyjechałaby do szpitala. W końcu mnie z niego odebrała, po trzech godzinach walki o prześwietlenie.

Polska służba zdrowia to koszmar. Zawsze o tym wiedziałam, szczególnie że jestem dość chorowitą osobą (bądź łajzą, jak mówią o mnie znajomi), ale nie spodziewałam się, że będę musiała czekać tyle czasu, by dowiedzieć się, że właściwie nic mi nie jest, mocno się potłukłam i powinnam leżeć w łóżku i robić okłady.

W między czasie spotkałam znajomych, którzy wracając samochodem z rozpoczęcia roku szkolnego wpadli w zakręt i dachowali. Na szczęście nic poważnego się im nie stało. Teraz się z tego śmieją i podśpiewują „kiedy znajdziemy się na zakręcie, co z nami będzie?..”

środa, 5 września 2012

Zaufanie rodziców


fot. slaskie.pl

M. wrócił do domu po spacerze z kolegami i zastał tatę przeszukującego mu portfel. Kilkadziesiąt minut później rozmawiamy na Gadu – Gadu.
M.: Moi rodzice myślą, że ćpam.
Ja: Czemu?
M.: Zamiast siąść na kompa zmyłem naczynia, posprzątałem pokój i zrobiłem piknik na balkonie.

wtorek, 4 września 2012

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia




Ostatnio siedziałyśmy na balkonie owinięte dwoma kocami i patrzyłyśmy na nasze osiedle, na niebo bez gwiazd i co chwila zasłaniany przez chmury księżyc. Widujemy się rzadko, ale kiedy do tego dochodzi mam wrażenie, jakbyśmy widziały się wczoraj. Wiem, że mogę powiedzieć jej wszystko, a ona zrozumie. Zawsze chciałam być taka jak ona, mieć taką łatwość w kontaktach z ludźmi, urok osobisty i radość życia.
Kolejny kubek gorącej czekolady, kolejne brzmienia klimatycznej muzyki i nagle mówi:
- Wiesz, cieszę się, że masz M., że jesteś taka zakochana i szczęśliwa. Wiesz co chcesz robić w życiu, tyle robisz teraz… Też bym tak chciała.
I nagle poczułam się dobrze w swojej skórze i że tak naprawdę niczego mi nie brakuje.

poniedziałek, 3 września 2012

Tęsknota za pierwszym dniem szkoły



 
M. zdał poprawki i dzisiaj jego pierwszy dzień w klasie maturalnej. Ja też chcę, ja też!

Zazdroszczę przede wszystkim tego, że w liceum wszyscy się troszczą, często w pokrętny sposób, ale jednak! Trzeba być naprawdę olewającym leniem, żeby nie zdać. Nauczyciel zawsze daje kolejną szansę, trzeba tylko w odpowiedni sposób z nim rozmawiać (kolejno rozmowy na poziomie: uczeń – nauczyciel, rodzic – nauczyciel, wychowawca – nauczyciel, dyrekcja – nauczyciel).

Zazdroszczę w miarę regularnych godzin chodzenia do szkoły, przerw, podczas których biega się na papierosa za szkołę.

Zazdroszczę możliwości wyboru. Przez rok może zdecydować się na jakiś rozsądny kierunek studiów, który pomoże mu w realizacji marzeń. Ja wzięłam pierwszy z brzegu, nie zastanawiając się szczególnie przez całe liceum, co chciałabym robić. Wybrałam dobrze, ale mogłam wybrać lepiej. Głupota boli później.

A przede wszystkim zazdroszczę atmosfery kupowania nowych książek, zeszytów i akcesoriów szkolnych. To zawsze najfajniejsza część szkoły! Na następne takie zakupy mogę pójść co najwyżej ze swoimi dziećmi, a do tego jeszcze mnóstwo czasu.

M. ma jeszcze rok. A żeby przez chwilę poczuć tę atmosferę szkoły poprawiam w tym roku maturę. Tak dla siebie.

niedziela, 2 września 2012

Dla studentów: Gdzie tanio zjeść w Lublinie?

Zazwyczaj w takich zestawieniach podaje się McDonald's, KFC i niezliczone kebaby. Chciałabym przedstawić trzy miejsca, które łączą dwie rzeczy - znajdują się w okolicy Miasteczka Akademickiego i można tam tanio zjeść.

 1. Fresh Market.
Kojarzycie przepyszne hot - dogi ze Statoila? Tutaj są identyczne. Tylko jeden nie kosztuje 5,50zł, a 2 - 2,50zł. A za latte na wynos zapłacimy 2zł.


Słusznie zakładałam, że sieć sklepów należy do Żabki Polska sp. z o.o.
M. mówi, że facet może się dwoma hot - dogami w miarę najeść. Dla kobiet jeden wystarczy. Brakuje jedynie ławeczki przed sklepem, żeby można było sobie spokojnie usiąść.
Lokalizacja: w pobliżu Miasteczka Akademickiego, na ul. Głębokiej 15.




2. ASAP bar
Reklamują się jako najlepszy kebab w Lublinie, ale nie z tego słyną.

Nie lubię kebabów, jednym z powodów jest to, że trudno się je spożywa. Podobno tutaj kebaba podają, ale najpopularniejszym ich produktem zdecydowanie jest grillowana kanapka. Nie dość, że jest przepyszna, można się nią najeść to na dodatek niewiele kosztuje - z szynką 7zł, droższa jest tylko z mięsem gyros i kosztuje 7,50zł.
Lokalizacja: obok klubu Archiwum, na Miasteczku Akademickim. pl. Marii Skłodowskiej-Curie 52



3. Pizzeria Imperium Smaku.
Miejsce raczej mało znane. Odkryłam je wczoraj przez polecenie przyjaciółki.

 Pizzy nie jadłam i nie wiem jak smakuje, ale to, co naprawdę się tam opłaca jeść to zapiekanki i frytki. Trzysta gram frytek kosztuje 4zł. Tyle samo kosztuje półmetrowa (!) zapiekanka, która jest zwyczajną zapiekaną bagietką z serem, pieczarkami i sosem z możliwością zamiany dodatków. Plusem jest również dowóz (min. 15zł, powyżej 18zł gratis).
Lokalizacja: ul. Narutowicza 69, tel. 81 53 45 444




Smacznego!