czwartek, 28 lutego 2013

Drzewo figowe

Źródło
 "Życie moje ukazało mi się w postaci rozgałęzionego drzewa figowego, tak jak w tamtym opowiadaniu. Na każdej gałęzi wisiała dojrzała, fioletowa figa, symbol jednej z czekających mnie w życiu szans. Reprezentowały męża, dom, dzieci, sławę poetki, wybitną karierę profesorską, karierę dziennikarską, Europę, Afrykę i Amerykę Południową, Konstantego, Sokratesa, Attylę i całe zastępy kochanków dziwnych imionach i niezwykłych zawodach. Jedna z fig reprezentowała złoty medal olimpijski za wioślarstwo. Na drzewie było jeszcze wiele dojrzałych owoców, których symboliki nie zdołałam odszyfrować. Wyobrażałam sobie, że siedzę na tym drzewie i umieram z głodu, ponieważ nie mogę w żaden sposób zdecydować się na to, którą figę zerwać. Miałam ochotę na wszystkie, na absolutnie każdą z tych fig z osobna, ale zerwanie jednej oznaczało automatycznie rezygnację z pozostałych, więc siedziałam, aż figi zaczęły się marszczyć, czernieć i jedna za drugą spadały na ziemię.”
- Sylvia Plath "Szklany klosz"

Nie wiem czego chcę. Nie wiem, którą figę zerwać. Na którego konia postawić w wyścigu o szczęście. Mam wrażenie, że siedzę pod tym drzewem i czekam, która figa spadnie, rozbije mi się na głowie, aż zachlapie całe ubranie i nie będę miała już odwrotu. Czekam na znaki. Nie umiem zdecydować. Próbuję racjonalizować. Nie podejmuję nowych wyzwań i staram się dopasować.

Nie wiem co zrobić z językiem, usta samoistnie układają się w dziubek, a ramiona drętwieją od braku przytulania. Ćpun na głodzie fizyczności. Zamykam ramiona udając, że w ten sposób ukryję się przed światem. Udaję, że to wszystko nie jest naprawdę. Wyobrażam sobie siebie w sytuacjach analogicznych do bieżących. Żyję tymi obrazami, które skutecznie odwracają moją uwagę od zastanej rzeczywistości.

Kiedy zasypiam słyszę kobiecy głos szepczący mi do ucha. Śni mi się to, czego nie zrobiłam, bo zabrakło mi czasu albo odwagi. Przeżywam w snach rozwiązania wszystkich problemów, codziennie w innym wydaniu. Rano już o nich nie pamiętam i muszę sama dochodzić do tego, jak ogarnąć świat dookoła.

Kiedy teoria spotyka się z praktyką muszę pilnować, by strach przed działaniem nie pozwolił mi na hipokryzję. Zmuszam się do działań zgodnych z własnym sumieniem. Nie są łatwe, nie pozwalają mi na bierność, muszę zużyć mnóstwo energii, by je uskutecznić, ale potrzeba bycia fair i życia w zgodzie z własnym słowem i przekonaniami jest silniejsza od wewnętrznej pasywności.

Czy siła polega na robieniu trudnych rzeczy bez wysiłku, czy robieniu ich pomimo przeciwności? Nie umiem zdecydować.

niedziela, 24 lutego 2013

Kilka kilometrów od domu


Zazwyczaj kiedy staję na życiowym zakręcie i próbuję odpowiedzieć sobie na pytanie "co dalej?" - wyjeżdżam. Może to być kilka dni u babci, znajomych, projekt - nie ma to wielkiego znaczenia. W domu, otoczona chomikowanymi w różnej formie wspomnieniami, trudniej jest mi się zdystansować i spojrzeć na problem z boku. Nie lubię zmian i potrzebuję dużo czasu, by oswoić się z nową sytuacją. Więc kiedy taką napotykam, staram się zamienić ją na jeszcze nowszą.

Spędziłam ostatnie cztery dni zaledwie kilka kilometrów od domu, ale w towarzystwie, w którym odległość od miejsca zamieszkania nie ma znaczenia, by poczuć się jak na najbardziej odprężających wakacjach ever. Kiedy budziłam się ze łzami w oczach o trzeciej nad ranem, miałam świadomość, że mogę wczołgać się do łóżka obok i opowiedzieć wszystkie dręczące mnie koszmary. Wiedziałam, że nikt nie będzie mnie oceniał, ani męczył swoją analizą sytuacji, tylko przytuli i powie krótko swoje zdanie. Kiedy potrzebowałam być sama - byłam, ale kiedy tylko miałam ochotę się pośmiać wystarczyło otworzyć drzwi rozdzielające moją sypialnię od reszty apartamentu.

I chociaż podczas wizyty studyjnej nie zintegrowaliśmy się za bardzo z goszczącymi u nas Łotyszami, zintegrowaliśmy się między sobą, w naszej grupie projektowej - i to jest najcenniejsza rzecz, którą wyniosłam z tego projektu i przez którą wracałam ze łzami w oczach do domu, opuszczając najcudowniejsze współlokatorki na świecie.

środa, 13 lutego 2013

Dlaczego kocham ciuchlandy


Kiedy mam zły humor idę do ciuchlandu. Nic tak nie poprawia humoru jak upolowana za dziesięć złotych sukienka. Zazwyczaj staram się nie przekraczać ustalonego sobie limitu finansowego, przez co półgodzinne szperanie po wieszakach kończy się stanięciem z koszykiem gdzieś z boku i przeglądaniem całej zawartości sumując ceny i odrzucając rzeczy, które podobają mi się najmniej. W wyszukiwaniu ubrań doszłam już do perfekcji - oduczyłam się już chodzić po centrach handlowych i szkoda mi wydawać 60zł na bluzkę, którą w ciuchu kupiłabym za sześć. Wyjątek stanowią buty - to jedyna część garderoby, na której nie lubię oszczędzać.

Co kocham w ciuchlandach? Przede wszystkim cenę ubrań. Kiedy zaopatrywałam się w ubrania w zwykłych sklepach zazwyczaj doskonale wiedziałam po co idę i rzadko pozwalałam sobie kupić coś spontanicznie. Uwielbiam mieć nowe rzeczy. Nie interesuje mnie to ile kosztują. Jakość w ciuchlandach i tak często jest o wiele lepsza, niż w H&Mie. Zresztą najłatwiej trafić w ciuchu akurat na tę markę.

Kolejną rzeczą jest adrenalina. Nigdy nie wiem na co trafię i czy przypadkiem ta energiczna emerytka nie sprzątnie mi czegoś zaraz sprzed nosa. Nie miałam okazji jeszcze uczestniczyć w osławionych otwarciach, gdzie ludzie dosłownie biją się o ubrania, wyrywają je sobie z rąk i podbierają z koszyków, ale musi to być ciekawe doświadczenie. Na razie zadowalam się zakupami w innych godzinach i nie mogę narzekać na brak udanych łowów.

A to co lubię najbardziej to ilość. Normalnie nie pozwoliłabym sobie na zakup tylu ubrań miesięcznie. Łatwo się nudzę i często zakupione ubrania muszą swoje odleżeć, by później przez pewien okres czasu stać się ulubionymi. Lubię mieć wybór i dopasowywać ubrania do nastroju, warunków pogodowych i aktualnego widzimisię, a im ich więcej, tym łatwiej.

Ostatnio dość popularne są grupy na Facebooku typu z szafy do szafy, gdzie można umieszczać swoje ubrania w odpowiednich folderach, wyznaczać cenę i sprzedawać bezpośrednio osobom ze swojej okolicy. Jak na razie udało mi się upolować dwie pary kolczyków. Jednak takiemu second handowi online brakuje tych emocji :).

Ulubione ciuchlandy w Lublinie:
- ul. Diamentowa (koło Lidla na ul. Diamentowej 19) - tam zawsze kupuję najwięcej i spędzam najwięcej czasu. Ogromny sklep, podzielone tematycznie wieszaki, fajne ubrania.
- Ciuchland na targu na Wileńskiej.
- Ciuchland przy przystanku Fantastyczna 01 (trzeba wejść po schodkach, budynek przy wiadukcie).

Macie jakieś swoje sprawdzone sklepy?

poniedziałek, 11 lutego 2013

Facebook addict

Źródło
Jestem uzależniona od najbardziej dominującej sieci społecznej w Internetach - Facebooka. Przyjaciółka wstawiła mi powyższego gifa na tablicę i doszłam do wniosku, że czas coś z tym zrobić. Miałam nie włączać najgorszego pożeracza czasu przez dwadzieścia cztery godziny, ale... cóż. Wytrzymałam sześć. W tym czasie poszłam na spacer, ugotowałam zupę, posprzątałam w pokoju i chyba nawet się pouczyłam.

Facebook mnie denerwuje. Sama idea mi się podoba - dzięki portalowi mogę bardzo szybko komunikować się ze znajomymi, zrzeszać się w jednym miejscu w grupach (przydatne na studiach i w pracy) i śledzić fan page'e ulubionych artystów, gazet, kawiarni i restauracji, co często owocuje darmowymi wejściówkami i najświeższymi informacjami w jednym miejscu. Lubię też śledzić muzykę, którą wrzucają znajomi i właściwie tyle. Nie lubię czatu - rozmawianie w przeglądarce wydaje mi się takie bezuczuciowe. Nie lubię tego, że kiedy pytam znajomych "co u ciebie?", odpowiadają całkiem poważnie "zdałem ostatnio prawko, nie widziałaś? Wrzucałem na fejsa". Nie lubię tego, że zanikają interakcje społeczne. Kiedy byłam mała zawsze wiedziałam, gdzie mogę spotkać znajomych. Teraz też wiem, szkoda tylko, że jest to płaszczyzna, w której porozumiewamy się poprzez stukanie klawiszy, a nie uśmiechy, gesty i słowa.

sobota, 9 lutego 2013

Obojętność

Widok z mojego okna

Około dwudziestej trzeciej temperatura spada poniżej zera. Pierwszy bocian przyleciał już do Polski, więc jestem zdziwiona pogodą, ale na bocianach i ich preferencjach pogodowych to ja się nie znam, więc się nie wypowiem. Nieokreślona breja śniegu wymieszana z błotem na wszystkich ścieżkach niepokrytych betonem i kostką zamienia się w uroczą ślizgawkę poznaczoną śladami podeszw. Niestety, moje sportowe buty preferują powierzchnię suchą, co stwarza spore problemy z chodzeniem. Nagle zauważam mój ostatni autobus radośnie jadący sobie po ulicy prześwitującej zza drzew. Biegnę. Biegnę, biegnę, biegnę, pokonuję kolejne metry sprintem próbując dogonić 28 Os. Poręba. Niestety. Dzieli mnie tylko dziesięć metrów, ale autobus ucieka zostawiając mnie z walącym sercem i przyspieszonym oddechem.

Przechodzę na drugą stronę ulicy, po kilku minutach przyjeżdża 28 Felin. Wsiadam. Nieprzyzwyczajone do takiego wysiłku fizycznego serce wali coraz szybciej, kręci mi się w głowie i zastanawiam się, kto mógłby pomóc mi wrócić do domu, bo czuję, że sama sobie nie poradzę. Próbuję wybrać numer telefonu, ale po chwili rezygnuję. Zdejmuję okulary - autobus wiruje coraz szybciej i mam przeczucie, że lepiej schować je do torebki. Te pięć minut w autobusie ciągnie się już wieczność, mam wrażenie, że przejechałam całe miasto, a ja już nie mogę, muszę na powietrze. Idę do drzwi, zgina mnie w pół, obraz gaśnie.

Zapadam się w jakąś niewyjaśnioną nicość i jest mi w niej dobrze, autobus jedzie i jedzie, a ja czuję jakbym pokonywała kolejne przystanki na jednorożcu, jest tak radośnie i tęczowo. I nagle słyszę "nic ci nie jest? halo, odezwij się!" i otwieram oczy. Odrywam się od tej nicości, jestem w tym samym autobusie, na tym samym przystanku, tylko leżę na podłodze. Wokół mnie trzech życzliwych chłopaków próbuje mnie docucić i zbiera moje rzeczy.  Nie za bardzo orientuję się co się ze mną dzieje, ale przynajmniej zaraz po przebudzeniu nie zadaję tego głupiego pytania "gdzie ja jestem?", bo widzę przecież szyby, rurkę, na której zamontowany jest kasownik i pokrytą śnieżną breją podłogę, na której niezbyt wygodnie sobie leżę. Jeden z życzliwych chłopaków proponuje, że odprowadzi mnie do domu, zgadzam się, bo ciężko mi w tym momencie nawet stwierdzić, jak się nazywam, dobrze, że pamiętam, gdzie mieszkam i jak tam dotrzeć.

Nie umiem powiedzieć niczego innego niż - dziękuję. Zrobiłam to również wprost, zrobił to mój brat, który odebrał mnie z przystanku. Jestem w szoku, że kompletnie obcy ludzie tak zainteresowali się losem przypadkowej osoby. Z drugiej strony - ja zachowałabym się tak samo (ostatnio znalazłam się właśnie w sytuacji odwrotnej), ale wiem, że nie każdy by tak postąpił. Ile razy spotkaliście się z obojętnością wobec leżących gdzieś osób, szczególnie w starszym wieku, kierując się stereotypem, że to na pewno jakiś bezdomny żul, któremu zaraz ktoś pomoże? Ile razy uciekaliście, bądź byliście świadkiem sytuacji, kiedy ktoś potrzebował pomocy i nikt nie ruszył się, by tej osobie pomóc?

Jestem idealistką i chciałabym żyć w świecie, w którym obojętność jest pojęciem kompletnie nieznanym. Cóż, mogę zacząć jedynie od siebie i wykreślić ją ze swojego słownika. A tym obojętnym życzę, by znalazł się ktoś, kto im pomoże w potrzebie.