czwartek, 27 czerwca 2013

Nigdy nie wejdziesz w czyjeś kalosze


„To, co tak zwana rzeczywistość ukazuje nam jako życie innych, nie jest filmem, ale raczej fotografią, wobec czego nie możemy ogarnąć całości akcji, albowiem dochodzą do nas tylko jej eleatycznie powycinane fragmenty. Rozumiemy człowieka jedynie w czasie krótkich chwil, gdy jesteśmy razem z nim, gdy nam coś o nim opowiadają lub gdy on sam mówi o swoich przeżyciach czy też planach. W rezultacie to, co pozostaje, jest albumem zdjęć, unieruchomionych momentów: nigdy przyszłością, nigdy przejściem z wczoraj do dziś, nigdy pierwszym ukłuciem zapomnienia, nadgryzającym utrwalony obraz przeszłości.”

- Gra w klasy Julio Cortazar

Autokreacja, pierwsze wrażenie i przedstawianie subiektywnego obrazu rzeczywistości to rzeczy, które towarzyszą nam na co dzień w kontaktach międzyludzkich. Nigdy nie jest tak, że ktoś postrzega nas w pełni obiektywnie, będąc w stanie zrozumieć wszystko, co nas buduje, co sprawia, że podejmujemy takie, a nie inne decyzje. Cały nasz bagaż doświadczeń można by rozpisać jako scenariusz sitcomu, ale i tak pokażemy tylko te kluczowe momenty potrzebne do zrozumienia dalszej akcji. W jednym odcinku możesz jeść czekoladowe lody i spotkać w Grycanie miłość swojego życia, ale pominąć fragment, w którym miłością do czekoladowych lodów zaraziła Cię babcia i że gdyby nie ona to w tym Grycanie byś się w ogóle nie znalazł.

Powracając do nurtującego mnie ostatnio tematu oceniania - nigdy nie wejdziesz w buty drugiego człowieka i nie przekonasz się, czy jego wybory są słuszne. Bezdzietni nie zrozumieją miłości matki, osoba nigdy nie będąca zakochana nie będzie potrafiła zrozumieć, dlaczego ktoś wybacza drugiej osobie coś w mentalności społeczeństwa uważanego za niewybaczalne. Nie ma uniwersalnego klucza wyboru jedynych słusznych życiowych decyzji. Każdy mierzy swoje problemy swoją miarą. Na te wszystkie dzielne matki, które decydują się umrzeć przy porodzie, by dziecko mogło oddychać przesiąkniętym spalinami powietrzem znajdzie się dziesięć innych, które będą wolały ocalić własne życie. I nie czyni je to wcale gorszymi.

Doświadczamy kultu bohaterów. Potrzebujemy takich kryształowych osób poświęcających się dla innych, żeby czuć, że świat się kręci jak trzeba i że na każdym kroku nie czają się mordercy i bezduszni wbijacze noży w plecy. Dają nam nadzieję i wskazują światełko dobroci w tym mrocznym tunelu chamstwa i egoizmu. Ale gloryfikacja ich dobrych czynów też jest tylko kreacją. Może i pomagają w schronisku dla zwierząt, ale w między czasie unieszczęśliwiają nastoletnie dzieci podszywając się za nich na komunikatorach w rozmowach z ich kolegami, próbując wyłudzić informacje o potencjalnych uzależnieniach. 

Świat nie jest czarno - biały. Wszyscy żyjemy w różnych odcieniach szarości. Życie innych jest jak fotografie - i chociaż możemy je ułożyć w stosik i spróbować zrobić z nich animację, nigdy nie uda nam się w pełni ogarnąć czyichś motywów i decyzji na podstawie wyrwanych fragmentów życia. Więc zanim porwiesz się do oceniania czegoś - postaraj się zrozumieć. I zaakceptuj to, że inni mogą wybrać inaczej.

PS. Podziękowania dla Jagody za inspirację.
Follow my blog with Bloglovin

wtorek, 25 czerwca 2013

Co mówi o tobie długość twojej spódnicy?

Rosea Posey

Oceniamy, wszyscy oceniamy. Łatwo obrzucamy innych błotem z perspektywy naszego wygodnego stołka. Leczymy kompleksy budując sobie samoocenę na mankamentach innych. Świadczą o tym chociażby kolejne fan page'e na Facebooku typu faszyn from Lublin i widoczne raz tu, raz tam grupy hejterów. Gorzej, że hejterstwo to nie jest tylko problem internetów, ale, niestety, mentalności.

Sama czasem wybucham śmiechem na widok ekstrawaganckiego wyglądu innej osoby. Jestem uprzedzona do osób w ortalionowych dresach i białych butach. Czarne, farbowane włosy razem z pomarańczową tapetą i mocnym makijażem oczu od razu podsuwają mi etykietkę pustej lalki. I chociaż takie myśli pojawiają się mimowolnie i nie przekładają się na moje zachowanie w stosunku innych osób (Pomijając dresów. Kiedy jest późno i są w dużych grupkach, omijam ich szerokim łukiem.), to jednak spora część społeczeństwa usprawiedliwia swoją agresję słowną, bądź fizyczną właśnie uprzedzeniami.

Najczęściej rzucanie mięsem w innych dotyka kobiet. Która z nas nie przekonała się o tym na własnej skórze? Przechadzka szkolnymi korytarzami to jak przejście przed jury Top Model, tylko nic nie można wygrać oprócz zjadliwych spojrzeń i komentarzy. Loże szyderców urzędują na ławeczkach w parkach, na uniwersyteckich korytarzach i oczywiście w pracy, gdzie z nudów komentowanie współpracowników jest zwyczajną, codzienną rozrywką. I ponoć plotkowanie jest zdrowe i przedłuża życie, ale dopóki pozostaje w strefie pijackich rozmów z przyjaciółkami.

Żyjmy i dajmy żyć innym. Babcia w szlafroku w osiedlowym sklepie nie powinna nikogo dziwić, a raczej budzić podziw za rozsądne podejście do kupowania bułek, które nie wymaga do tego długich godzin spędzonych przed lustrem. Niepasująca do reszty ubrań bluza jest często wynikiem nagłych opadów deszczu i pożyczeniem czegokolwiek od osoby, z którą właśnie spędzamy czas.

Przeraża mnie to, ze w dobie internetu przez odejście od normy można zaraz stać się bohaterem sieci i popularnych hejterskich portali. Czy ludzie serio nie mają lepszych rzeczy do roboty niż plucie jadem i zajmowanie się niekonstruktywną krytyką, zamiast spojrzeć w lustro i coś zrobić ze swoim życiem?


piątek, 21 czerwca 2013

Urlop od cywilizacji



Dwa lata temu kupiłam swój pierwszy telefon z androidem. W ramach abonamentu wzięłam pakiet internetowy, dzięki któremu nie musiałam ograniczać surfowania w sieci, rozmów ze znajomymi i przeglądania Facebooka. Z czasem moje uzależnienie od telefonu robiło się coraz większe. Zmalała moja koncentracja, nie mogłam się na niczym skupić, by zaraz nie przejrzeć fejsa, czy nie pogadać z kimś przez messengera. Cały czas byłam online i z jednej strony ceniłam to sobie, a z drugiej zaczęłam być swojego rodzaju więźniem sieci.

Dwa miesiące temu zepsuło mi się wejście na ładowarkę i musiałam na jakiś czas pożegnać się z androidem. W zamian zaczęłam używać Nokii C3, na którą ściągnęłam aplikację do Facebooka, która nie była już tak wygodna, więc automatycznie zaczęłam używać jej rzadziej. Przeglądanie internetu w ogóle nie wchodziło w grę - bardzo wolna przeglądarka sprawiała, że surfowanie było piekłem, więc pożegnałam się z próbami sprawdzenia autobusu, czy przeczytania czegokolwiek. Uzależnienie od internetu zaczęło stopniowo maleć.

Dwa dni temu zepsułam i Nokię. Oddałam ją do naprawy i jestem już trzeci dzień bez telefonu. Kontaktuję się z ludźmi przez Facebooka i na żywo. Przestałam się spinać. Przestałam po wstaniu z łóżka sprawdzać wiadomości na Facebooku, odczytywać smsy i zaraz po śniadaniu i prysznicu oddzwaniać na poranne telefony. Tak bardzo spodobało mi się odcięcie od cywilizacji, że przestałam tyle siedzieć przy kompie. Wydawało mi się, że zaraz będę pisać po znajomych i błagać o pożyczenie na te kilka dni, kiedy telefony są w naprawie, jakiejkolwiek komórki. Ale tak mi się podoba.
  
Jeszcze trochę i zostanę amiszem.

środa, 19 czerwca 2013

Reklamy Show up w Lublinie - wtf?!


Bilbord przy ul. Armii Krajowej

W mojej dzielnicy wisi ich już kilka. Na bilbordach hasło "...bo wszystkie aniołki i diablice są na www.showup.tv". Dwie ucharakteryzowane kobiety wpatrują się w wielkie logo. Bilbordy można spotkać przy dużych ulicach - Jana Pawła II, Orkana, przy studiu tańca, przy Biedronce i przy Tesco.

Na artykuły o show upie natknęłam się w Internecie jakiś czas temu. Pokrótce - ludzie rozbierają się przed kamerkami, uprawiają seks, masturbują bądź zabawiają w inny sposób. Ku uciesze publiczności, która chętnie płaci za obietnice coraz śmielszych akcji. Walutą obowiązującą na portalu są "żetony", wymienialne na pieniądze. W oficjalnych opisach portalu kwestie materialne się pomija i mówi o bezpłatnych seks kamerkach.

Moralną ocenę portalu pozostawię komu innemu - wychodzę z założenia, że jak coś ktoś lubi i nie szkodzi w ten sposób innym to tylko i wyłącznie jego sprawa, co robi i w jaki sposób zarabia pieniądze. Ważne, by żył w zgodzie z własnym sumieniem, mnie nic do tego. Jednak nie mogę patrzeć na reklamowanie tego typu treści w miejscach publicznych. W miejscach, gdzie przewija się tysiące dzieci dziennie - przy studiu tańca na małym osiedlu i przy jednym z większych supermarketów w mieście, na litość boską!

Nie potrafię ogarnąć swoim umysłem, kto zgodził się na reklamowanie tego typu treści w takich miejscach. Czy nikt nie wpadł na to, że te bilbordy niekoniecznie będą trafiać do grupy docelowej portalu? Że w łatwy sposób zachęcą do wejścia na stronę małoletnich, którym zetknięcie z takimi zachowaniami może wpłynąć w bardzo negatywny sposób na psychikę? I uczyć złych wzorców?
 
Poszperałam w internetach i według nich reklamowanie treści erotycznych nie jest nielegalne. Są jednak przepisy dotyczące rozpowszechniania treści pornograficznych, z których wynika, że:
"Zgodnie bowiem z art. 202 kk: kto publicznie prezentuje treści pornograficzne w taki sposób, że może to narzucić ich odbiór osobie, która tego sobie nie życzy,podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.

Kto małoletniemu poniżej lat 15 prezentuje treści pornograficzne lub udostępnia mu przedmioty mające taki charakter albo rozpowszechnia treści pornograficzne w sposób umożliwiający takiemu małoletniemu zapoznanie się z nimi, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2."
W Rzeszowie napisała o sprawie jedna z gazet, gdzie czytamy:
"– Dobry i przyjęty zwyczaj mówi o tym, żeby reklama była bez przemocy i przesadnej erotyki. Widziałem ten baner i nie widzę podstaw, by komuś w związku z nim stwarzać jakieś problemy. Jeżeli nie jest to czerpanie korzyści z nierządu, nie widzę problemu – wyjaśnia ekspert, który prosi o anonimowość."
Co z tego, że reklama sama w sobie nie jest wulgarna ani nie epatuje seksem. Niektóre reklamy sklepów odzieżowych są bardziej erotyczne, niemniej nie chodzi o sposób przekazania informacji o istnieniu portalu, a o jego treść. Nie wiem, czy porno na żywo za żetony podchodzi pod czerpanie korzyści z nierządu, ale moim zdaniem reklamowanie tego typu działalności jest grubą przesadą i wolałabym, żeby bilbordy zniknęły z ulic.

niedziela, 16 czerwca 2013

Próba walki ze stereotypami


Nocy Kultury ciąg dalszy.

W programie zauważyłam dwa interesujące punkty dziejące się na okrytej złą sławą Lubartowskiej - ulicy rzekomych alkoholików, dresów i wszelkich mętów społecznych, gdzie nawet dwunastolatek chodzi z nożem w kieszeni. Chciałam strasznie zobaczyć wystawę fundacji Teatrikon i przejechać się autobusem energii kursującym z Lubartowskiej na Zamojską. Podzieliłam się pomysłem z towarzyszkami wieczoru.
- Pojebało cię.
- Dlaczego? - chciała wiedzieć Marysia, która w Lublinie była raz podczas szkolnej wycieczki. Pokrótce została zapoznana ze wszystkimi stereotypami. Zaczęłam je namawiać, przekonywać, że na pewno jest tam dużo innych zwiedzających i nic nam się nie stanie. Po kilkudziesięciu minutach i kilku zaliczonych punktach programu osiągnęłam swój cel. Minęłyśmy Bramę Krakowską i zaczęłyśmy powoli schodzić w dół Lubartowską, w pewnym momencie przystając, by nakarmić raka.
Kamila włożyła do ust papierosa i zaczęła szukać w torebce zapalniczki. W tym momencie jakiś młody dumny posiadasz dresowych spodni wyrwał mojej przyjaciółce papierosa z ust i szybkim krokiem oddalił się w głąb ulicy.
Nie odwiedziłyśmy wystawy. I nie przejechałyśmy się autobusem.

sobota, 15 czerwca 2013

Ludzie są jak stado owiec


"Baran zbliżył się; parskał i patrzył na Rincewinda przekrwionymi ślepiami.
- No dobra - szepnął, kiedy był już całkiem blisko. - Ty tylko pracuj nożycami, a owce załatwią resztę. Nie ma zmartwienia.
- To ty? - zdumiał się Rincewind, zerkając na daleki krąg widzów.
- Ha, niezły jesteś. Gotów? Zrobią to, co ja robię. Są przecież jak stado owiec, nie?"
- Terry Pratchett "Ostatni kontynent"


Cechą wspólną każdej Nocy Kultury jest ogrom ludzi, którzy raz do roku jak jeden mąż wychodzą z domu i zalewają miasto, co bez lepszej znajomości bocznych uliczek może często utrudnić poruszanie się po centrum i bycie na czas w co ciekawszych miejscach.

Na nasze szczęście koncert Oly. w Hadesie ruszył z opóźnieniem, bo przez tłum trafiłyśmy na miejsce z kilkuminutowym opóźnieniem. Korzystając z obsuwy wyszłyśmy jeszcze na papierosa. Przez Bramę Grodzką przewijało się setki osób na minutę, więc stanęłyśmy w wejściu do zaniedbanej klatki schodowej tuż obok. Na drzwiach wisiał plakat Miasta Poezji, ale miejsce nie zachęcało samo w sobie do odwiedzin - odrapane ściany pełne historycznego już graffiti, zawalone przejścia i połamane palety zamiast normalnej posadzki. Stanęłyśmy w przejściu i odpaliłyśmy papierosy, nie spodziewając się, że obecność trzech kobiet może wzbudzić takie zamieszanie.

W pewnej chwili grupa osób przechodząc obok wejścia zerknęła na plakat, zerknęła na nas i ruszyła wgłąb klatki. Przejście było dość wąskie, a my podskakiwałyśmy na deskach uginających się pod ciężarem wchodzących. Słychać tylko było "tu jest jakaś wystawa?", "ciekawe co tu przygotowali". Oglądali kilkudziesięcioletnie wyznania miłości na ścianach i wszystkie obszczane kąty. Zaraz za nimi wchodziło coraz więcej osób zainteresowanych ruchem w tym wąskim przejściu. W przeciągu pięciu minut przez wąską klatkę przewinęło się kilkadziesiąt osób, zachęcając do tego samego szukający celu, przechadzający się przez Bramę Grodzką tłum.

Coś nie musi być interesujące, żeby przyciągać uwagę. Wystarczy, że zainteresuje się tym wystarczająca liczba osób, by okrzyknąć to ciekawym.

czwartek, 13 czerwca 2013

Dekalog pozytywnego myślenia


Jakie życie, taki rap, scenariusz mojego życia chyba momentami pisze Pikej. Jednak ostatnio spotykam się w swoim życiu z takim wsparciem i ciepłem, jakiego nigdy nie spodziewałam się otrzymać. Przyjaciele, rodzina, znajomi z roku, wykładowcy (!) - wszyscy Ci ludzie sprawiają, że wierzę, że wszystko będzie dobrze.

Zebrałam wszystkie rady i spostrzeżenia, które słyszę w ostatnim czasie od innych i staram się w mniej lub bardziej udany sposób stosować w swoim życiu. Czuję, że idę do przodu. Świat się nie zatrzymał, kręci się dalej. A skoro tak jest to spróbuję być szczęśliwa i nadać znaczenie każdemu pojedynczemu dniu.

1. Zmień swoje najbliższe otoczenie. (Wstaw nowe biurko do pokoju.)
2. Zamknij wszystkie wspomnienia w jednym miejscu, wyrzuć rzeczy albo schowaj w ładnym pudełku. (Może być vintage walizka służąca za podnóżek pod biurkiem. Nie ma za co.)
3. Znajdź sobie jakąś pasję. (Rób zdjęcia wszystkiemu i myśl, że dobrze Ci to wychodzi.)
4. Wyznaczaj małe cele i je realizuj. (Wstanę dzisiaj z łóżka. Trzeba mierzyć siły na zamiary.)
5. Spotykaj się z ludźmi. (Nawet jeśli ma to oznaczać siedzenie w tym samym barze codziennie.)
6. Czytaj mądre książki. (Susan Sontag "O fotografii" i od razu czuję się wartościowym człowiekiem)
7. Słuchaj pozytywnej muzyki. (Chodzenie na koncerty i tworzenie nowych playlist na Spotify bardzo relaksuje.)
8. Wypełniaj czas tak, by nie mieć czasu, żeby myśleć. (Uczelnia, Noc Kultury, spotkania ze znajomymi, chodzenie na wystawy.)
9. Podejmuj nowe wyzwania i bądź dumna ze swoich osiągnięć. (Wyrzuciłam dzisiaj śmieci, brawo ja!)
10. Zapisuj się na mądre szkolenia, dzięki którym uświadomisz sobie, co robisz źle. (Szkolenie ze zmian w życiu uświadomiło mi, że jestem w fazie biernego oporu i że stanie w miejscu jest słabe i niekonstruktywne.)

sobota, 1 czerwca 2013

Achtung, Krakau!

Są wszędzie. Małe domki, a w nich sklepy, zarówno w centrum miasta, jak i na obrzeżach. Dlaczego?

Po dwóch wizytach w przeciągu miesiąca Kraków jawi mi się jako miejsce setek sklepów alkoholowych umieszczonych w najmniej spodziewanych miejscach, dosyć rzadko kursującej komunikacji miejskiej oraz zapiekanek na Kazimierzu, którym nie można się oprzeć pod presją otoczenia. 

Głównym celem trzydniowej wycieczki była impreza urodzinowa mojej przyjaciółki oraz wizyta w MOCAK - u. Mniejszym - nauka obsługi nowej lustrzanki Elwiry. Mimo pierwszego dramatu jakim było nie zabranie instrukcji, trochę na czuja, trochę pamiętając obsługę innych lustrzanek, w końcu wyszłyśmy pozwiedzać i, jak przykładne turystki ze Wschodu, fotografować każdy napotkany obiekt, tym samym blokując ruch uliczny i wprawiając w konsternację fotografowanych.

fot. Elwira

Udało nam się zrobić zaledwie kilka zdjęć królików, które opanowały okolice Zabłocia (mógłby mi ktoś wytłumaczyć o co z nimi chodzi?), zanim dotarłyśmy do muzeum. Chciałyśmy zrobić sobie zdjęcie w czarnej szybie stanowiącej ściany, ale w tym samym momencie aparat się rozładował i dalsze fotografowanie nie było już możliwe. Wydawało nam się, że nie będzie to takie straszne, ale kolejne półtorej godziny w muzeum i milion kadrów, które widziałyśmy oczami wyobraźni sprawiły, że bardzo mocno żałowałyśmy, że nie zadbałyśmy o odpowiedni stan akumulatora.

fot. Elwira

MOCAK - Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie - zaskoczył mnie mnogością ekspozycji i ich zróżnicowaniem. Na pierwszy rzut - najnowsza, mocno promowana wystawa "Ekonomia w sztuce", zwracająca uwagę na problemy finansowania sztuki i jej komercjalizację. Temat ciekawy i jak najbardziej na czasie, ale, w mojej ocenie, wystawa była przeładowana dziełami o podobnej wymowie. Biła z nich frustracja odnośnie aktualnego stanu rzeczy i jakaś niezdolność do zmiany. Miałam wrażenie, jakby artysta był rozpieszczonym dzieciakiem, który domaga się, by ktoś się nim zaopiekował, podczas gdy on będzie tworzył. I chociaż rozumiem, że ciężko wymagać od twórców stałych dochodów, kwestia weny, tworzenie dla siebie, sztuka dla sztuki, a nie dla hajsu i tak dalej - to z drugiej strony znam bardzo wiele osób, które potrafią sprzedać swój talent i robić przy tym to, co lubią. I nie narzekają na bycie niezrozumianym i zamkniętym w źle skonstruowanym systemie, tylko biorą w łapki ołówki, farby i rysiki tabletów i ciężko pracują.

fot. Elwira
Kazimierz przywitał nas przekroczonym limitem w bankomacie, co wywołało lekką panikę oraz wszechobecnymi zapiekankami, do których dotarłyśmy dopiero po odwiedzeniu uroczej greckiej knajpki, gdzie miałyśmy okazję spróbować przepysznej bougatsy ze szpinakiem i serem feta. Niestety, było już zbyt późno na zwiedzanie, ale chłonęłyśmy atmosferę tego miejsca i klimat różnorodnych kawiarenek, których na Kazimierzu nie brakuje.

Ktoś mi kiedyś powiedział - najlepszym sposobem na zwiedzanie nowego miasta jest kupienie biletu całodobowego i jeżdżenie, jeżdżenie i jeszcze raz jeżdżenie. I coś w tym jest. Bez mapy, bez nawigacji w telefonie (HTC, wróć do mnie), ze znikomą znajomością miasta, jeździłyśmy w kolejne miejsca dosyć spontanicznie. I za każdym razem wsiadałyśmy w dobry autobus i dojechałyśmy we właściwe miejsce. Chociaż nie zawsze była to świadoma decyzja.

Tirem przez świat fot. Elwira

Na podstawie moich kilku ostatnich wycieczek stwierdzam, że podróżowanie tradycyjnymi formami komunikacji jak bus, pociąg, czy autokar, strasznie znieczula orientację w terenie i ogólną znajomość miasta. Jadąc samochodem, czy na przednim siedzeniu tira dużo łatwiej mi było zapamiętać poszczególne etapy drogi Lublin - Kraków. Przez te trzy dni poznałam miasto i okolice lepiej, niż podczas licznych szkolnych i rodzinnych wycieczek.

Ciekawe, czy pewnego dnia będę czuła się w Krakowie jak u siebie, jeżeli dostanę się na drugi stopień studiów i zwiąże z nim swoją przyszłość?