środa, 31 lipca 2013

Fetes de Bayonne - święto Basków


Fetes de Bayonne - jedna z największych imprez tradycyjnych we Francji. Przez kilka dni Bayonne wygląda jak polskie ulice w czasie Euro - wszyscy są ubrani na biało - czerwono, co chwila słychać ten irytujący odgłos wuwuzeli, a alkohol leje się strumieniami.

Kim są Baskowie? To jeden z najstarszych ludów indoeuropejskich zamieszkujący obecny obszar południowej Francji i północnej Hiszpanii (Zatoka Biskajska). Na przestrzeni wieków ich historia była bardzo burzliwa, wypełniona walkami o autonomię i o uznanie ich odrębności. Aktualnie Baskowie cieszą się sporą wolnością. Jest coraz silniejsze parcie na pielęgnowanie tradycji - powstaje coraz więcej instytucji kulturalnych i oświatowych mających na celu rozwijanie języka, poszerzanie świadomości etnicznej etc.

Źródło

 

Fetes de Bayonne jest najlepszym przykładem tych działań - co roku miliony ludzi zjawia się w Bajonnie by wziąć udział w koncertach, pokazach tańców tradycyjnych, wystawach, degustacjach szynki bajońskiej (którą jem codziennie na przystawkę), flashmobach i innych atrakcjach. W powietrzu czuć atmosferę zabawy, a bawią się - jak widać na zdjęciach - ludzie z każdego pokolenia.

Żałuję, że na Fetes de Bayonne wybrałam się sama. Wprawdzie posłuchałam fajnego koncertu, podczas którego pogadałam sobie z miłym Francuzem, pozwiedzałam we własnym tempie miasto, zdążyłam się zgubić i odnaleźć oraz po raz kolejny poradziłam sobie w samotnej podróży po obcym kraju (brawo ja!), ale mimo wszystko jest to święto wyjątkowo społeczne. Nastawione na integrację, wspólną zabawę i spędzania czasu z innymi.

Koncert Asafa Avidana

Najfajniejsze odkrycie - nie tylko w Lubartowie jest popularne picie na nieczynnych torach. W okolicy opuszczonej trakcji młodzi Francuzi rozbijają sobie obóz na czas festiwalu. Namioty, grillowanie i wspólna integracja przy alkoholu na torach właśnie. Fajny, woodstockowy klimat.

To właśnie mi się podoba we Francji - nie ma zakazu picia alkoholu w miejscach publicznych. Młodzi ludzie siedzą sobie w parkach, na świeżym powietrzu kulturalnie rozpijając wódkę, czy opalając się przy piwie. I nikt im nie robi problemów, jest to widok zupełnie naturalny. Zresztą nie tylko młodzi - na koncercie na jednym z głównych placów, pierwszeństwo w piciu mieli starsi ludzie, delektujący się winem z kubeczków z nazwą miasta.

Jedno jest dosyć irytujące - we Francji są strasznie drogie przejazdy. Za busa z Bayonne do Arbonne zapłaciłam 7 euro, a odległość jest mniej więcej taka jak z Lublina do Świdnika. Mimo wszystko komfort jest nieporównywalny - mega wygodne, klimatyzowane autokary o jeszcze lepszym standardzie niż polskibus. J'aime beaucoup :). Do samego Bayonne na szczęście nie musiałam płacić. Wprawdzie razem z moim pracodawcą znaleźliśmy w internetach rozkład busów, ale już na przystanku okazało się, że jedyne busy jakie dziś jeżdżą to festiwalowe - była siedemnasta, a pierwszy odchodził dopiero o dziewiętnastej. Nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, mój pracodawca był już przy ulicy i w mgnieniu oka złapał mi stopa, dogadał się z kierowcą, wsadził mnie do samochodu i życzył dobrej zabawy. Przez pięć minut byłam w kompletnym szoku. Zapaliłam papierosa, pogadałam chwilę z miłymi Francuzami i do końca podróży nie mogłam przestać się uśmiechać.

Fajnie jest.

PS. Mieszkam w Pays - Basque, regionie baskijskim - więcej do poczytania tutaj.
PS. 2 Zamieściłam zdjęcia ze strony internetowej festiwalu, bo inteligentnie nie naładowałam baterii w aparacie, o czym przekonałam się już na miejscu.

niedziela, 28 lipca 2013

Andy Warhol dla Perrier

Źródło

Wjeżdżając do Paryża moją uwagę przykuły częste reklamy Perrier z fantastycznymi grafikami Andy'ego Warholla. Była to pierwsza rzecz, która zmotywowała mnie do wyciągnięcia aparatu - niestety nie zdążyłam. Kiedy więc spotkałam w jednym spożywczaku w Biarritz butelkę z tą grafiką, wzięłam ją bez namysłu. Uwielbiam pop art, a butelka Perrier idealnie uzupełni moją kolekcję :).

W 1983 roku Andy Warhol, w ramach swoje studium nad różnymi produktami konsumenckimi, stworzył sitodruki Perrier, w bardzo charakterystycznym dla niego stylu. W tym roku Perrier obchodzi 150 urodziny. W myśl idei, że woda Perrier inspiruje artystów, wykorzystano grafiki Warholla by stworzyć limitowaną edycję butelek razem z jego dziełami sztuki oraz wybranymi hasłami, jak np: "Każdy musi mieć fantazję", "Ludzie powinni zakochiwać się z zamkniętymi oczami", "W przyszłości każdy będzie światową gwiazdą przez piętnaście minut", "Sztuka jest tym, w czym możesz się zagłębić" oraz "Mam chorobą społeczną. Codziennie muszę wychodzić". Niestety, hasła są tylko na szklanych butelkach, a ja dorwałam plastikową, w związku z tym moje oczy cieszy wyłącznie grafika.

sobota, 27 lipca 2013

Popołudnie w Biarritz



Dwudziesty szósty lipca od dwóch lat był dla mnie bardzo ważną datą. W zeszłym roku pisałam tego dnia znad Bałtyku. W tym roku świętowanie nie jest już aktualne. Towarzyszą mi tylko nocne koszmary i krzyki dzieci. Niezbyt romantycznie. Jedno się nie zmieniło - znów jestem nad morzem.

Popołudniu pani Solange zabrała mnie do Biarritz. Mieszkam w Arbonne - kilka kilometrów dalej. Taki Motycz dla Lublina, tylko bez komunikacji miejskiej między nimi. Podczas gdy ona była u fryzjera, ja przeszłam się nad morze i zwiedziłam centrum miasta. Bardzo dużo osób jest ubranych w biało - czerwone stroje ze względu na wielką, kilkudniową imprezę w pobliskim Bayonne. Mam zamiar się tam przejechać, więc opiszę ją bliżej wkrótce.

Madame Solange u fryzjera

Podczas podróży z Paryża zgubiłam okulary przeciwsłoneczne. Nie wiem jak to zrobiłam, bo upewniałam się cztery razy, że mam wszystko, ale niestety, nowe okulary przepadły. W związku z tym musiałam udać się po następne. Starałam się znaleźć stragan z okularami jakich pełno nad Bałtykiem. Niestety, w takim kurorcie jak Biarritz, zamiast straganów nad morzem są sklepy Lacoste, Douglas i galeria LaFayette, w której można kupić ubrania haute couture. Najtańsze jakie udało mi się znaleźć kosztowały 20 euro. A że słońce prażyło niemiłosiernie ta cena wydała mi się znośna w porównaniu z tymi za 190 euro znalezionymi w LaFayette. No i cóż, ponownie zakochałam się w sprzedawcy. Nie wiem jak ci Francuzi to robią, ale nie widziałam jeszcze żadnego młodego mężczyzny, który byłby odpychający. Przy okazji są niesamowicie mili i na moje nieśmiałe "Je voudrais les acheter" odpowiadają zawsze szerokim uśmiechem.

Plaża przepełniona turystami
To, czego mi brakuje w zachodnich miasteczkach turystycznych, to zwykłe sklepy. Takie jak pięć tysięcy na moim osiedlu będących tuż za rogiem. Za każdym rogiem. Można w nich znaleźć wszystko, co najpotrzebniejsze. W promieniu kilometra znalazłam jeden sklep, w którym nie było ani zmywacza do paznokci, ani pumeksu. Dobrze chociaż, że były przekąski - mogłam dokonać kolejnej tradycji i spróbować Laysów typowych dla Francji (w każdym kraju są inne smaki. W Anglii niesamowicie popularne są o smaku octu.) oraz kupić moje ulubione holenderskie ciasteczka ever.

Zaszłam też do księgarni w celu nabycia oryginalnego Małego Księcia. Chciałam kupić bardzo ładne, ozdobne wydanie, ale zapomniałam jak zapytać "ile to kosztuje", więc wzięłam standardową wersję. W takich momentach żałuję, że jednak nie kupiłam podręcznych rozmówek, które mogłabym w dowolnej chwili wyciągnąć z torebki i przestać zastanawiać się kilka minut nad każdym zdaniem. Mądry Polak po szkodzie.

Jean Pierre le Bozec
Wracając do domu zahaczyłyśmy o galerię sztuki. Zaglądając przez witrynę myślałyśmy, że obejrzymy wystawę zdjęć. Okazało się, że są to wielkie obrazy malowane pastelami, niemniej niezwykle realistyczne. Dopiero po podejściu bliżej da się zauważyć technikę. Prace przedstawiają widoki z Biarritz i są malowane przez lokalnego artystę. Wydawałoby się, że są niewiele warte, jednak zerknęłam na cennik - najtańszy kosztuje ok 2500 euro. Jeżeli być artystą to we Francji, chociaż patrząc na moje zwierzątka z dałnem przede mną raczej daleka droga do sławy w tej dziedzinie...

piątek, 26 lipca 2013

Pierwsze dni w pracy - au pair

Widok z okna

 Pierwsze dni są zawsze najtrudniejsze, szczególnie że jestem tu zupełnie sama - bez żadnych znajomych, bądź osób, które kiedykolwiek widziałam. Nie mam też żadnych współpracowników, którzy często są pociechą w pierwszych dniach. No wiecie, wspólne problemy, dzielenie się obowiązkami i tak dalej. W tym przypadku jestem zdana tylko i wyłącznie na siebie oraz na swoje umiejętności.

Plan dnia jest całkiem znośny. Jak na osobę zarabiającą minimum krajowe w Polsce w tydzień, nie mam szczególnie wiele do roboty. O dziewiątej muszę być już gotowa. Do obiadu sprzątam, po obiedzie mam dwie godziny wolnego, a popołudnie spędzam z moim podopiecznym. Rysujemy (a właściwie ja rysuję mu rodziny zwierzątek - wszystkie wyglądają jakby miały dałna i zaczęłam się poważnie zastanawiać nad moimi umiejętnościami manualnymi oraz sensem tego, że płacą mi za to, co robię), czytam mu bajki (kota w butach po francusku znam już niemal na pamięć), pływamy w basenie. Myję go, przebieram, karmię i pilnuję, żeby zasnął. Jest bardzo grzeczny i inteligentny - tylko raz zaczął marudzić przed pójściem pod prysznic, zamknęłyśmy go razem z jego mamą w pokoju, przez trzy minuty płakał po czym przyszedł mnie przeprosić. Ma obsesję na punkcie zwierząt i rodziny - muszę mu cały czas rysować rodziny zwierząt, mamę, tatę i dziecko albo dwa.

Dzisiaj przyjeżdża kolejna trójka dzieci razem z nianią oraz rodzicami. Z tego powodu musieliśmy zrobić małą przeprowadzkę - Timotee mieszka teraz ze mną w pokoju, z czego jest bardzo zadowolony, bo może eksploatować moją umiejętność czytania do woli. Wiążę się to też z tym, że mniej czasu spędzam w sypialni - przesiaduję więc na tarasie i wdycham świeże powietrze, co z pewnością jest dużo lepsze dla mojego zdrowia :).

Rodzina jest przemiła. W obecności tylu Francuzów jestem trochę onieśmielona, ale są w stosunku do mnie bardzo cierpliwi. Szczególnie kiedy zapominam słówek, lub muszę wtrącić jakieś wyrażenie po angielsku, bo nie znam francuskiego odpowiednika. Dziadek Timoteego, z którym cały czas się kontaktowałam przed przyjazdem, dba o to, żebym jadła. Cały czas pyta co lubię i uwzględnia to w przygotowaniu posiłków. Wszyscy są strasznie życzliwi.  Tylko w przypadku Timotee nie mogę znaleźć za bardzo złotego środka - jego mama twierdzi, że wykorzystuje to, że jestem bardzo miła. Muszę być bardziej stanowcza. Ale jak być stanowczą dla blondwłosego aniołka o wielkich niebieskich oczach?

czwartek, 25 lipca 2013

Paryż w deszczu

Lotnisko w Warszawie.

Paryż przywitał mnie deszczem i mgłą. Razem z siedzącym obok mnie angielskim chłopcem wypatrywaliśmy w busie z Beauvais wieży Eiffla. Z niezrozumiałego dla mnie powodu wziął mnie za Francuzkę. Może dlatego, że po nieprzespanej nocy ledwo kontaktowałam i ciężko mi było skoncentrować się na skleceniu kilku poprawnych zdań po angielsku. A może dlatego, że w jego obecności rozmawiałam przez telefon po francusku. Kto go tam wie.

Paryż miał mnie przywitać słońcem, bagietkami i kawą oraz uroczym towarzystwem Kingi poznanej w internetach. Niestety, mój lot opóźnił się cztery godziny (cholerny Wizzair, chociaż ponoć i w Air France takie rzeczy zdarzają się dosyć często), w związku z czym wszystkie moje plany poszły w łeb. Wieżę Eiffla zobaczyłam przez mgłę, Luwr prześwitywał wśród innych budynków, jedynie la Defense udało mi się obejrzeć w pełnej okazałości. To by było na tyle z odkrywania uroków miasta palimpsestu, miasta, gdzie Oliveira poznał Magę i gdzie Julian Sorel podrywał arystokratki.

Porte Maillot

Wysiadłam na Porte Maillot, gdzie zgodził się na mnie poczekać kierowca znaleziony na wspólnych przejazdach. Spóźniłam się godzinę. Powitał mnie typowo po francusku, pocałunkami w oba policzki i odebrał ode mnie rzeczy. Towarzystwo w samochodzie okazało się całkiem sympatyczne, więc podczas dziesięciu godzin jazdy męczył mnie tylko brak prysznica, który po całonocnej podróży był mi niezbędny.
Przeurocze współpasażerki

Osiemset kilometrów samochodem osobowym - to mój osobisty rekord. Jestem zachwycona francuskimi autostradami, niesamowicie równymi i wydawałoby się że wyludnionymi - jedynie mijane co jakiś czas tiry świadczą o obecności innych kierowców na trasie. Inne samochody są praktycznie niezauważalne.

Parapapapapa!

We Francji nawet pracownicy McDonalda są seksowni. Zatrzymaliśmy się na postoju w Poitiers i postanowiłam spróbować tutejszego Wrapa - sprawdzam ich smak w każdym kraju, w którym jestem i jak do tej pory najlepsze były w Londynie. Zamówiłam colę i Ptit Wrapa, ale kelner mnie nie zrozumiał i przyniósł mi frytki. Przypomniałam mu, że zamówiłam co innego, speszył się, niesamowicie uroczo się uśmiechnął i te frytki dostałam na koszt firmy. Czasem dobrze być cudzoziemką o nieśmiałym, cichym głosie.
No i najlepsze wrapy są zdecydowanie we Francji.

Dojechaliśmy do Arbonne po pierwszej w nocy. Po dwudziestu czterech godzinach podróży z zaledwie krótkimi drzemkami w samochodzie i samolocie byłam tak wyczerpana, że ledwo miałam siłę się umyć.
Była to zdecydowanie najdłuższa, ale i najciekawsza podróż ever. W szczególności, że wszystko ogarnęłam zupełnie sama, a uwielbiam tę dumę, kiedy wszystko idzie zgodnie z planem.

Drugi dzień pracy:
- Wypalone papierosy: 0
- Bieganie: 1
- Słodkie napoje: 0
- Alkohol: 0
- Słowa wypowiedziane po polsku: 0

Mój mały, liczbowy motywator. 

poniedziałek, 22 lipca 2013

Podróż do Francji


Jakoś nie trafiała do mnie ta podróż. Owszem, byłam podekscytowana, ale nie mogłam uwierzyć jakoś w jej... prawdziwość. W związku z tym przygotowania spadły na mnie na ostatnią chwilę i teraz siedzę wokół sterty ubrań i nie wiem, z czego zrezygnować, żeby wszystko zmieściło mi się do walizki. Dobrze przynajmniej, że wykupiłam naprawdę duży bagaż - będę musiała martwić się tylko o domknięcie walizki, a nie ewentualne nadpłaty na lotnisku.

Przede mną kolejna doba w podróży. Świat może i zmniejszył się do globalnej wioski, ale wciąż dla przeciętnego zjadacza chleba dostępność wielu miejsc wiąże się z pewnymi niedogodnościami. Najbliżej mojego miejsca pobytu jest lotnisko w Bilbao, w Hiszpanii. Niestety, bilet w jedną stronę kosztuje ok. 1400zł. Bilet do Paryża kosztował mnie 400zł, więc różnica jest nieporównywalna. W związku z tym, niestety, czeka mnie jeszcze dziesięć godzin jazdy z Paryża.

Początkowo się ucieszyłam. Pojadę w końcu tym sławnym TGV, najnowocześniejszym pociągiem w Europie! Weszłam na stronę, gotowa już rezerwować przejazd, gdy wyskoczyła mi cena. 100 euro w jedną stronę. Cholera. Tyle co bilet z Warszawy do Paryża. Z pomocą przyszła mi wiedza ze studiów. Francuzi są bardzo ekologiczni i dużym uznaniem cieszą się wspólne przejazdy, w związku z tym znalazłam najpopularniejszą stronę internetową oferującą takie usługi, znalazłam kierowcę i za wszystko zapłaciłam 45 euro. Dwa razy mniej niż za pociąg. Gdyby to była Polska rozwodziłabym się też o większej wygodzie, ale niestety (bądź stety), TGV nie ma sobie równych.

To mój pierwszy samotny lot samolotem i pierwsza samotna tak długa podróż. I chociaż powinnam być przerażona, stres ustępuje miejsca podekscytowaniu. Lubię radzić sobie sama. I mimo że będzie mi brakować moich przyjaciół i towarzyszy podróży to czuję, że ten wyjazd da mi dużo więcej, niż mogę przypuszczać.

wtorek, 16 lipca 2013

Jak smakuje dorosłość - Skins Fire


Skins - serial, na którym razem ze znajomymi uczyliśmy się angielskiego, nie mogąc doczekać się napisów do nowych odcinków. Serial, który bezpośrednio wpłynął na akceptację autodestrukcyjnego trybu życia, na klimat nieczynnego już Soundbaru, na styl życia tysięcy młodych ludzi. Manifest młodości. Kolorowych ubrań, narkotyków, seksualnej wolności, nastoletnich problemów, imprezowego stylu życia. Serial porusza problemy, które - przed jego powstaniem - w dyskursie społecznym były raczej marginalizowane. Chyba nie muszę dodawać, że był strzałem w dziesiątkę?


My dorośliśmy.  Bierzemy przyszłość we własne ręce. Jesteśmy popychani do bezpłatnych staży (jak to pięknie ujęła Magda - nowoczesnego niewolnictwa), praktyk i innych form aktywności, napędzani przez strach przed brakiem pracy, przed wypadnięciem z rynku. Przestaliśmy golić kolegom nogi na imprezach, a zamiast tego sen z powiek spędzają nam pieniądze, studia, dojrzałe relacje, które tak różnią się od tych nastoletnich. Wszystko się zmieniło.

W sezonie siódmym możemy przekonać się, jaką drogę obrali nasi bohaterowie. Naomi - stand up - owy komik w londyńskim barze opowiadająca o stanie swojego owłosienia, Emily na stażu w Nowym Jorku i w końcu Effy rozpoczynająca karierę w korporacji zajmującej się transakcjami finansowymi. Największą kontrowersję wzbudziła właśnie ta ostatnia. Symbol autodestrukcji drugiej generacji, osoba pozornie niczym się nie przejmująca, nie dopuszczająca nikogo do siebie zbyt blisko, zdawałoby się nie znająca ograniczeń w ćpaniu, alkoholu i seksie. Teraz, elegancka i poukładana, pnie się po szczeblach kariery, często stając przed wcześniej jej nieznanymi wyborami etycznymi.

Wiele osób oburza się w dyskusjach, że Effy straciła cały swój urok. Więc jeżeli spodziewaliście się powrotu królowej imprez to, niestety, w sezonie siódmym nie macie czego szukać. Elizabeth Stonem dorosła i odnalazła się w roli, moim zdaniem, dla niej najodpowiedniejszej. Ze swoim zamiłowaniem do adrenaliny i ryzyka oraz z jej umiejętnościami manipulacji innymi ludźmi świetnie pasuje do korporacyjnego światka. Podobno trzeba sięgnąć dna, by móc się odbić - w przypadku Effy sprawdza się to idealnie i odpowiednio podsumowuje jej osobowość. I, jak dla mnie, daje pewną nadzieję, że z niedojrzałych wyskoków się wyrasta, a młodzieńczy bunt jest tylko fazą, przez którą musi przejść każdy. W mniej, lub bardziej intensywny sposób.

W części drugiej Fire jest taka scena, kiedy szef Effy, będący jednocześnie jej kochankiem przychodzi do niej w odwiedziny podczas pobytu Emily w Londynie. Jedzą we czwórkę kolację, kiedy wznosi toast, za najbardziej poukładaną osobę, jaką zna - Effy. Podpita Naomi nawiązuje do ich nastoletnich czasów, sugerując, że nie zawsze była taka grzeczna, co wywołuje sprzeczkę. Scena ta świetnie podkreśla to, co obserwuję w swoim otoczeniu - swoistą nierównomierność w dorastaniu. Effy już wie, czego chce, Emily i Naomi wciąż szukają. Nie próbują na siłę wpasować się do świata i ram narzuconych przez społeczeństwo. Naomi jest zagubiona. Wcześniej bystra działaczka społeczna teraz swoje życie poświęca piciu i występowaniu jako słaby komik. Dochodzi też kwestia jej osobistej tragedii, która nie pozwala jej się pozbierać.

Mówiąc o Skinsach nie można nie wspomnieć o świetnej muzyce, która stanowi w pewien sposób wizytówkę serialu. Z każdym odcinkiem poszerzały się moje muzyczne horyzonty, dzięki promowaniu ciekawych artystów, niekoniecznie tych znanych. Tym razem prawdziwą bombą jest piosenka specjalnie nagrana na potrzeby serialu - Ellie Goulding - You, my everything. Niestety, w Spotify jeszcze niedostępna, więc gwałcę replay na Youtube.

Podsumowując - serial jest utrzymany w zupełnie innym duchu, niż dotychczas. Jest sentymentalnie, jest smutno. Ale tchnie nadzieję, o której już wspomniałam - że każdy w końcu znajdzie swoją życiową drogę i prędzej czy później poukłada swoje życie. To w jakiś sposób budujące.

niedziela, 7 lipca 2013

Rozmowa kwalifikacyjna przez telefon - bonjour, la belle France

www.online-turs.ru

Do tej pory wszystkie moje rozmowy kwalifikacyjne zakończyły się przyjęciem do pracy. I nieważne, jak bardzo się stresuję, w jakiś sposób (dzięki skomplikowanemu połączeniu mierzenia sił na zamiary przy aplikowaniu gdziekolwiek oraz nieodpartemu urokowi osobistemu), zawsze udaje mi się przedstawić się jako osoba kompetentna, ogarnięta i sympatyczna.

O ile podczas normalnej rozmowy kwalifikacyjnej duży wpływ na jej przebieg ma mowa ciała, pierwsze wrażenie, ubiór itp., sprawa komplikuje się podczas rozmowy kwalifikacyjnej przez telefon. I w obcym języku.

Napisałam moim przyszłym pracodawcom w mailu, że jestem dyspozycyjna po godzinie czternastej. Od godziny trzynastej pięćdziesiąt zaczęłam się mocno stresować i w myślach ćwiczyć wszystkie francuskie zwroty, jakie będą mi potrzebne podczas rozmowy. O godzinie szesnastej byłam już mocno zestresowana. Nie wiedziałam, czy iść brać prysznic i szykować się na Inne Brzmienia, czy gapić się jak w sroka w telefon i próbować ściągnąć myślami rozmówców oddalonych ode mnie kilkaset kilometrów. O dwudziestej pierwszej, pijąc herbatę u Kiciputka, wciąż nerwowo spoglądałam na telefon i utwierdzałam się w przekonaniu, że na pewno zadzwonią po 23, najlepiej kiedy będę w tłumie i nie będę miała możliwości odebrania.

Siedziałam w ogródku przy Trybunale, wydawałoby się oglądając transmisję z koncertu po drugiej stronie budynku (co niestety, okazało się być jedną wielką reklamą przeplataną króciutkimi fragmentami różnych występów), kiedy o godzinie 22:40 zadzwonił numer z kierunkowym +33. Zdążyłam powiedzieć tylko bonsoir i ravi de vous connaitre, kiedy uświadomiłam sobie, że, niestety, w takich warunkach nie dogadam się nawet po polsku. Pospiesznie wytłumaczyłam, że jestem na koncercie i poprosiłam, żeby moja rozmówczyni chwile poczekała, po czym puściłam się biegiem w najbliższą uliczkę, gdzie mogło być odrobinę ciszej. Układana cały dzień przemowa wyszła całkiem dobrze - wytłumaczyłam, w jaki sposób mam zamiar dostać się do Francji i wtedy padło pytanie, którego nie zrozumiałam. Pourriez - vous répéter? Niestety, powtórzenie niczego nie dało, więc moja rozmówczyni oddała słuchawkę mężowi, który mówił po angielsku. 

Wydawałoby się, że teraz powinno być z górki, ale mam problem z przestawianiem się z języka na język, w efekcie czego powstał francusko - angielski melanż, kiedy nie mogłam sobie przypomnieć słówek z jednego, bądź drugiego języka. I will be a quatre heure. Na szczęście moje skonfundowanie trwało tylko chwilę, po czym znów mogłam mówić swobodnie, bez francuskich wtrąceń.


Mimo wszystko - chyba wypadłam dobrze, bo bardzo chętnie przyjmą mnie pod swój dach i powierzą opiekę nad wnukami. Wyjeżdżam za dwa tygodnie, ku szczęściu mojej rodziny i nieszczęściu niektórych z przyjaciół. A przede wszystkim - ku mojemu szczęściu, bo wyjazd do Francji jest spełnieniem moich marzeń.

PS. Na zdjęciu Biarritz - miejsce, w którym spędzę miesiąc. Jak dla mnie wygląda bajecznie :).

środa, 3 lipca 2013

To jak gdyby coś nie zezwalało mu na to

"Jedni uciekają od cierpienia w jakiś fikcyjny świat podlewany etanolem lub kreowany jakimiś podejrzanymi substancjami chemicznymi, inni żyją szaleńczo, jak gdyby każdy dzień miał być ostatnią datą w kalendarzu świata, jeszcze inni stają się soplem lodu. (...) Chciałby jak inni ludzie w takiej sytuacji normalnie cierpieć. Po prostu cierpieć. Tęsknić za nią, drzeć i sklejać na powrót jej fotografie, przeklinać ją, brzydzić się nią, obrażać słowami, gardzić nią, przysięgać jej zemstę, walić pięściami w stół, czuć się poniżony, bezgranicznie skrzywdzony, upokorzony i podeptany. Znajdować przypadkowo pamiątki po niej, niszczyć je z wściekłością i na drugi dzień żałować, że już nic po niej nie pozostało. Nieustannie wmawiać sobie, że nigdy nie była i nigdy nie będzie jego warta, że stać go na lepszą kobietę. Chcieć sobie wytatuować te słowa na ramieniu, gdyby to wmawianie mu nie pomagało.
Pisać do niej pełne nienawiści listy i nigdy ich nie wysyłać, dzwonić do niej w nocy i nie móc wykrztusić z siebie słowa. Czuć nienawiść, niedowierzanie i odrętwienie. Albo chociaż upijać się do granicy letargu, który przynosi zapomnienie, i rano budzić się z pustymi butelkami przy łóżku. Obiecywać sobie, że nigdy jej nie wybaczy i wybaczać już pół godziny później. Zapominać ją każdego dnia i obiecywać sobie, że następnego zapomni ją już naprawdę. Pragnąć jej obecności, gdy jest mu źle, i czując się jeszcze gorzej, przeklinać siebie w myślach za to pragnienie.
Nie! On nie czuł nic takiego. Nie potrafił wtedy i tym bardziej nie potrafi dzisiaj wykrzesać w sobie tego cierpienia. Tak bardzo by chciał. Ale nie może. To jak gdyby coś nie zezwalało mu na to. Przez ten cholerny lęk nie potrafi poczuć w sobie smutku na tyle silnego, aby mógł się rozczulić nad sobą, i chociaż raz zapłakać."
- Janusz L. Wiśniewski - Los powtórzony

Czasem w ręce wpadają takie teksty, które jakby były pisane pod myśli krążące w twojej głowie lub na podstawie chaotycznych notatek wyrzucanych z siebie w chwilach załamania.

Trzeba iść, iść do przodu. Robić te wszystkie rzeczy, dzięki którym w okresie przed czułam się szczęśliwa, bądź czułam dzięki nim spełnienie. Każde doświadczenie jakie nabędę, dobre czy złe, ma swoją wartość i jest mi potrzebne, n'est - ce pas? Zdrowy rozsądek i głęboka analiza wszystkich za i przeciw mówią, że tak ma być. Że to wszystko jest po to, by potem było lepiej. I że to doświadczenie mnie umocni.

Nie potrafię przeżyć swoich emocji. Nie potrafię płakać, nie potrafię się smucić. Mogę się bać, mogę się chować na całe dnie w łóżku, mogę czuć otępienie i wycofanie. Mogę czuć pozorne szczęście, będące raczej dziwnym, powierzchownym uczuciem ekscytacji. Ale nigdy nic w pełni, nigdy nic na 100%.

Żyję. Egzystuje. Próbuję dokończyć wszystkie niezamknięte sprawy. Ale jakie ma to znaczenie?