wtorek, 27 sierpnia 2013

A l'hopital, monsieur!

Czilałcik na basenie, kiedy jeszcze mogłam się opalać.

- Odpocznij sobie - mówi Madame S., po czym z uśmiechem na twarzy umieszcza Maxime w wózku. - Pójdę z nim teraz na spacer, a później się zmienimy, dobrze?

Przytakuję i zostaję pierwszy raz sama. Zazwyczaj dom jest pełen ludzi - mieszka nas tutaj dwanaście osób, w tym czwórka dzieci. Cisza i spokój to pojęcia zupełnie abstrakcyjne. W nocy często budzę się, bo któremuś z maluchów przyśnił się koszmar, zatęsknił za mamą, bądź po prostu postanowił sobie pomarudzić. Tym razem wszyscy się rozjechali - starsze dzieci pojechały z rodzicami na wycieczkę do Hiszpanii, Monsieur P. pojechał na golfa, a ja z Madame S., dzieciakami i Radą (nianią z Nepalu) zostałyśmy pilnować domowego ogniska. A jako że obie zabrały chłopców na spacer, mogłam w końcu zjeść w spokoju podwieczorek. Szkoda tylko, że nie zauważyłam obrusa, który nikczemnie zawinął się wokół krzesła, na którym usiadłam.

Myślałam, że wiem, czym jest ból fizyczny, biorąc pod uwagę te wszystkie idiotyczne przypadki, które zdarzają mi się zbyt często. Wylanie na siebie kubka wrzątku sprawiło, że zmieniłam zdanie. Dobrze, że nie zemdlałam, chociaż mało brakowało. Przynajmniej udało mi się zadzwonić do Madame S., żeby wróciła, bo nie mogę znaleźć żadnej maści, która uśmierzyłaby mój ból. I nic dziwnego - żadnej nie było.

Nie wiem, czy to prześladujące mnie fatum, czy zwyczajna niezdarność, ale norma wizyt w szpitalu (przynajmniej raz w roku) musiała zostać wyrobiona. Szkoda tylko, że nie zawsze jest to szpital francuski, w którym kolejki są o wiele krótsze, personel o wiele milszy, a wszystko nowe i czyste. No i po raz pierwszy na coś opłaciło się dwugodzinne stanie w kolejce w NFZcie w celu wyrobienia karty EKUZ.

C'est pas grave!

 

Jak łatwo przewidzieć, nie stało mi się nic na tyle poważnego, żebym przerwała pracę (i na przykład dostała odszkodowanie), ale też nie na tyle łagodnego, żeby nie bolało i nie trzeba było kupić leków. Przeczytałam dzisiaj artykuł, w którym autorka stawia tezę, że wszyscy lekarze we Francji i Belgii niechętnie wydają leki. Lekarz, który mnie przyjął, zdecydowanie odbiega od obrazu nakreślonego w felietonie. Nie dość, że przepisał mi dwa rodzaje leków przeciwbólowych, kompresy, maści, to jeszcze podszedł do mnie w niesamowicie miły i fachowy sposób. I tak przyjmuję dawki połowę mniejsze (jestem typem osoby, która odlatuje nawet po Paracetamolu), a z mocnego leku zrezygnowałam całkowicie. Przytomność to pożądana cecha wśród opiekunek do dzieci.

Ceny leczenia we Francji

 

Wizyta w szpitalu - 16 euro.
Leki-  34 euro, z czego 27 euro Mepilex, specjalne kompresy na trudne rany.
Blizny do końca życia - bezcenne.

Wiem teraz jedno - Monsieur P. mógłby zaprzyjaźnić się z moją mamą. Gdy czekaliśmy na lekarza zaczął robić mi zdjęcia iphonem "na pamiątkę" i "żeby wysłać żonie, że wszystko w porządku". Mam więc kolejne zdjęcia do kolekcji pt. "Agatka w szpitalu".