wtorek, 30 października 2012

Przemawiam



Muszę zacząć pracować nad wystąpieniami publicznymi i to już na poważnie. Coś tam wprawdzie wspomniałam o tym w jakiejś notce, ale teraz zdałam sobie sprawę, że moje obawy urosły do rangi problemu.

Nie lubię występować publicznie. Pewnie lubiłabym gdyby nie to, że świetnie przygotowana w głowie mowa, którą mam wygłosić w momencie rozpoczęcia staje się zamazana plamą i gubię się i nie wiem właściwie o czym to ja?... 

Dzisiaj przedstawiałam działalność grupy w moim byłym liceum. Miałam dwadzieścia minut, pokazałam dwa filmiki, zdjęcia, coś tam powiedziałam. Właśnie w tym tkwi problem, w tym coś tam. Chciałam zrobić coś fajnego i z przekazem, obmyśliłam sobie wcześniej co powiem: pokażę jasne i ciemne strony tego, co robimy, krótką historię, korzyści, jak odbierało nas otoczenie i jak ta opinia się zmieniała razem z kolejnymi działaniami. I zapomniałam. Zazwyczaj radziłam z tym sobie poprzez napisanie konkretnego planu wypowiedzi i trzymanie się go. Tym razem uznałam, że jest mi niepotrzebny i to był mój błąd.

Jak coś robię, lubię to robić dobrze, więc skoro coraz częściej spotykam się z wystąpieniami to muszę wziąć się za to na poważnie. M. mówił, żebym przypomniała sobie warsztaty, które wspólnie prowadziliśmy i dobrze nam poszło. Faktycznie, spotkaliśmy się z pozytywnym feedbackiem, ale sytuacja od dzisiejszej różniła się tym, że grupę całkiem dobrze znaliśmy, angażowaliśmy uczestników w warsztat, przedstawialiśmy mało teorii i stawialiśmy na praktykę. Jak postawić na praktykę podczas wypowiedzi

Brakowało mi też tej drugiej osoby, wsparcia. Ostatnio podczas ankiet bardzo mi to pomogło, bo wiedziałam, że jak się zatnę i zapomnę słowa to jest obok kolega, który wie co powiedzieć. A tym razem nie było koło mnie nikogo, kto by mi pomógł. Wolę działać w grupie. Niemniej muszę zacząć radzić sobie z występowaniem solo. Ma ktoś jakieś rady, które mogłyby mi pomóc?

poniedziałek, 29 października 2012

Zima znów zaskoczyła drogowców



Podróż, która powinna zająć mi zająć dwadzieścia pięć minut zajęła czterdzieści. Dwa przystanki w ścisłym centrum przejechałam w dwadzieścia minut. Byłam kilkadziesiąt metrów od przystanku, kiedy zajeżdżał mój autobus. Poszłam na następny przystanek, oddalony o dziesięć minut. Nie dogonił mnie. 

Gigantyczne korki były nie tylko w centrum i nie tylko w godzinach szczytu. Ciężko było mi dostać się do domu o godzinie osiemnastej. A na LSM - ach wysiadła sygnalizacja świetlna. Czyżby zima tym razem zaskoczyła samorządowców? Miła odmiana. Tym bardziej, że w okolicach Leclerca samochody jechały na tyle wolno, że mogłam od razu przejść przez przejście bez kilkuminutowego czekania.

Niestety, nie znalazłam artykułów o tytule takim samym jak tytuł posta. A szkoda. Zrobiłam przegląd kilku największych gazet na Lubelszczyźnie i najbardziej zbliżonym tytułem jest "Na Lubelszczyźnie znów pada śnieg. W Lublinie są korki. Będzie ślisko". Nie mogę sobie pokpić z dziennikarzy. Chyba nawet oni zauważyli trwające od dłuższego czasu drwiny w Internetach. Jeszcze w zeszłym roku takie nagłówki krzyczały z większości gazet, trzymając się wieloletniej tradycji. Czyżby ktoś zaczął brać wreszcie pod uwagę głos mitycznych internautów?

Gdyby nie fakt, że moje zatoki kiepsko znoszą chłód i trochę mi się spieszyło zrobiłabym sobie godzinny spacer z centrum do domu. Lubiłam tak robić wraz z początkiem zimy w ubiegłych latach. Zazwyczaj idąc z kimś bliskim, drwiąc z kierowców spalających miliard litrów benzyny w korkach, przemieszczając się szybciej niż autobusy i radośnie rzucając śnieżkami. Szkoda, że dzisiaj wracałam do domu sama. Z kimś ta podróż byłaby zabawniejsza.

I czekam tylko na koksowniki ze zdjęcia. Ogrzewanie się przy nich wraz z czekającymi pasażerami daje pewne poczucie wspólnoty. Jedziemy na tym samym wózku, zamarzamy przy temperaturze ujemnej i czerpiemy z tego samego, śmierdzącego źródła ciepła. Niektórzy się nawet uśmiechają. Przestają udawać, że nie dostrzegają kilkudziesięciu osób dookoła, zakopują topór wojenny ze światem i zdobywają się na mały, pozornie nic nie znaczący uśmiech, który dla kogoś może być jedynym w ciągu dnia. Dla kogoś taki uśmiech może coś znaczyć, może znaczyć bardzo wiele, zapamiętaj to sobie. Dlaczego ludzie się już do siebie nie uśmiechają? Ja się uśmiecham. I niech mają mnie za wariatkę, która wychodzi poza kanon ignorowania wszystkich wokół siebie, obalającą mit ulicznego egocentryzmu. Lubię wchodzić w te krótkie interakcje z otoczeniem. Te uśmiechy sprawiają, że wierzę w ludzi. Ludzie są fajni. To tylko świat ich trochę popsuł. 

sobota, 27 października 2012

Już czas


Doszłam do wniosku, że to już czas. Już czas zacząć uczyć się niemieckiego.
Przez całe życie nauka tego języka przemykała gdzieś obok. Ktoś się uczył, ktoś mnie namawiał, ktoś się jarał niemieckimi wokalistami. Przez jedną krótką chwilę w wyniku fascynacji Tokio Hotel (sic!) w wieku lat trzynastu miałam ochotę podjąć naukę tego języka. Ale to była bardzo krótka chwila. Chwileczka właściwie.
Dzielnie opierałam się germanizacji do dwudziestego roku życia, aż trafiłam na spotkanie po niemiecku w sprawie wyjazdu naukowego i stwierdziłam, że czas coś z tym zrobić. Nawet moja mama uczy się niemieckiego.
Ale jak można jarać się językiem, w którym kocham cię kojarzy się z popularną kwestią Lindy "w imię zasad, skurwysynu"? No jak? Brzmi wprawdzie dość ciekawie, kojarzy się z niemieckimi bajkami na RTLu puszczanymi w zamierzchłym dzieciństwie o zapomnianej już przeze mnie treści. A może to były rosyjskie bajki? Raczej niemieckie. Nieważne. I jeden i drugi kraj przez cały okres dzieciństwa był dla mnie symbolem niewoli, zaborów i wszelkiego zła w powtarzanych historiach wojennych, rodzinnych i około rodzinnych. Długo mi zajęło, by nabrać do tego dystansu. Ale czy to jest zdrowy dystans? W pojęciu coraz powszechniejszego kosmopolityzmu, który jest teraz modny, kiedy patriotyzm jest kojarzony z zacofaniem, PiSem, stadionowym chuligaństwem i zamieszkami 11 listopada, zdystansowanie się i odcięcie od historii na pewno jest właściwe. Historię usuwa się ze szkół. Mało który rodzic przykłada wagę do edukacji historycznej dziecka zostawiając ten obowiązek szkole. Jesteśmy w Unii Europejskiej! Europa jest dobra. Spójrzcie na te tabliczki na ulicach. Unia daje nam pieniądze na drogi. Na komunikację miejską. Na wyjazdy. Na projekty. Na remont szkoły. Na nowe tablice multimedialne. Na komputery. Na Internety. Na Erasmusy. Na nowe specjalizacje na studiach. To wszystko z Unii, według unijnych norm. Jesteśmy teraz tak blisko Zachodu, że bliżej się nie da, mimo że nasze umiejscowienie na mapie nie zmieniło się ani o centymetr. Już nie jesteśmy zaściankiem, jesteśmy bramą na Wschód! Ale odcinamy się od tego Wschodu, na Litwie nas nie chcą i zamykają nasze szkoły, tam dalej jest zła Rosja, która blokuje nam gaz i gra nam na nosie.

A mi brakuje tego uczucia, że jestem na swoim, że ta Polska jest moja, że nie może tu przyjechać byle kto. Brakuje mi walki o nasze dziedzictwo kulturowe, o naszą tradycję. Przeszkadza mi moda na tolerancję, przeszkadza mi globalizacja. Nie czuję się dobrze w Schengen, chcę okazywać paszport i czuć się bezpiecznie w granicach własnego państwa. Chcę w moim kraju czytać napisy po polsku i nazwy zawodów też mieć po polsku, a nie w katalogu biura karier przeglądać oferty na stanowisko project manager.

Już nie mogę słuchać tych medialnych bredni. Dwa lata po wyborach pamiętam kampanię nowo powstałej partii Polska Jest Najważniejsza. "A new life!" obiecują w reklamach, w których wychodzi cała polaczkowatość i zaściankowość, PRL-owski zachwyt Zachodem, ich kolorowymi telewizorami i coca - colą. 
Po co? Hej, patrzcie, tu jest pięknie.

czwartek, 25 października 2012

Wystąpienia publiczne a stres


Z niewyjaśnionych dla mnie przyczyn odwiedzin bloga jest całkiem sporo, mimo że od miesiąca nic nie publikowałam. Czas chyba coś dodać. Zmotywowała mnie do tego Aniołak miłą wiadomością na Facebooku, więc powrót jest jej zasługą.

Dwa tygodnie temu przeprowadzałam ankiety w Liceum Śródziemnomorskim w Lublinie - zdjęcie pochodzi właśnie z tego wydarzenia. Początkowo byłam raczej entuzjastycznie nastawiona do tego pomysłu. Lubię ludzi, lubię kontakt z nimi i cóż, lubię uczyć, więc kontakt z uczniami miał mi sprawić radość. Z tego powodu poszłam na studia nienauczycielskie, żebym nie zmarnowała kilku lat na studiach, by potem uczyć. Pokrętna logika, ale szczerze bałam się, że skończę w podrzędnej szkole ucząc ludzi, którzy wcale nie chcą być przeze mnie uczeni. Biorąc pod uwagę jaki jest aktualnie poziom młodzieży i jak drastycznie spada (dzisiaj weszłam do bloku, a na parterze kilku dresików wraz z dresiarami urządzili sobie głośną libację. True story.) wątpię, by mój nauczycielski zapał długo się utrzymał. Posunę się do stwierdzenia, że dość szybko zaczęłabym przeklinać wybór zawodu.

Zaczęłam się stresować w momencie, gdy jechałam autobusem. Miałam szczęście, bo ankiety prowadziłam w dwóch kilkuosobowych klasach przy wsparciu kolegi i koleżanki. Miałam to nieszczęście, że oboje się spóźnili, a ja stanęłam przed wizją samotnego prowadzenia zajęć zaledwie piętnaście minut przed ich rozpoczęciem. Czułam się, jakbym miała wkroczyć wprost stopniami w dół do paszczy lwa. Pamiętam dobrze zajęcia z prowadzącymi ankietami za licealnych czasów. Idealny czas na wyluzowanie i pośmianie się z prowadzących. A moja klasa i tak nie była szczególnie brutalną. Bałam się, że się zatnę, że nie będę wiedziała co powiedzieć, że będę czerwona jak burak (przeklęte rude włosy i jasna cera!) i stanę się pośmiewiskiem trzy lata młodszych "kolegów".

Z paszczy lwa uratowała mnie koleżanka, która spóźniła się, wbrew zapowiedziom, zaledwie minutę. Co najlepsze ankiety były przeprowadzane w klasie tejże koleżanki, a osób było pięć. Co nie zmienia faktu, że wraz z początkiem mówienia zaczęło mi walić serce i miałam wrażenie, że zemdleję. I tak jest za każdym razem, przez pierwsze kilka minut.

Nawiązuje do tamtego wydarzenia z dwóch powodów. Dzisiaj prezentowałam referat na zajęciach z nową grupą, co było też dla mnie stresujące przez pierwsze kilka minut. I jutro przeprowadzam kolejne ankiety, tym razem w szkole publicznej z klasami trzydziestoosobowymi i na pewno mniej przyjaźnie nastawionymi. Pociesza mnie fakt, że będzie tam nauczyciel płci męskiej. Mam nadzieję, że cieszy się dużym respektem.

Jak sobie radzić ze stresem podczas wystąpień publicznych? Mi zazwyczaj pomagają głębokie oddechy przez ok. minutę. Co nie zmienia faktu, że wciąż nie opracowałam indywidualnego lekarstwa na stres. Na jednym ze szkoleń, na które często chadzam, doradzali, by przed wyjściem napiąć wszystkie mięśnie najsilniej jak się da, a później je rozluźnić. Podobno pomaga. Cóż, wypróbuję jutro. Życzcie mi powodzenia.

A więcej o ankietach i o projekcie przeczytacie tutaj: www.sempre.org.pl w zakładce Platforma Dialogu.