sobota, 27 października 2012

Już czas


Doszłam do wniosku, że to już czas. Już czas zacząć uczyć się niemieckiego.
Przez całe życie nauka tego języka przemykała gdzieś obok. Ktoś się uczył, ktoś mnie namawiał, ktoś się jarał niemieckimi wokalistami. Przez jedną krótką chwilę w wyniku fascynacji Tokio Hotel (sic!) w wieku lat trzynastu miałam ochotę podjąć naukę tego języka. Ale to była bardzo krótka chwila. Chwileczka właściwie.
Dzielnie opierałam się germanizacji do dwudziestego roku życia, aż trafiłam na spotkanie po niemiecku w sprawie wyjazdu naukowego i stwierdziłam, że czas coś z tym zrobić. Nawet moja mama uczy się niemieckiego.
Ale jak można jarać się językiem, w którym kocham cię kojarzy się z popularną kwestią Lindy "w imię zasad, skurwysynu"? No jak? Brzmi wprawdzie dość ciekawie, kojarzy się z niemieckimi bajkami na RTLu puszczanymi w zamierzchłym dzieciństwie o zapomnianej już przeze mnie treści. A może to były rosyjskie bajki? Raczej niemieckie. Nieważne. I jeden i drugi kraj przez cały okres dzieciństwa był dla mnie symbolem niewoli, zaborów i wszelkiego zła w powtarzanych historiach wojennych, rodzinnych i około rodzinnych. Długo mi zajęło, by nabrać do tego dystansu. Ale czy to jest zdrowy dystans? W pojęciu coraz powszechniejszego kosmopolityzmu, który jest teraz modny, kiedy patriotyzm jest kojarzony z zacofaniem, PiSem, stadionowym chuligaństwem i zamieszkami 11 listopada, zdystansowanie się i odcięcie od historii na pewno jest właściwe. Historię usuwa się ze szkół. Mało który rodzic przykłada wagę do edukacji historycznej dziecka zostawiając ten obowiązek szkole. Jesteśmy w Unii Europejskiej! Europa jest dobra. Spójrzcie na te tabliczki na ulicach. Unia daje nam pieniądze na drogi. Na komunikację miejską. Na wyjazdy. Na projekty. Na remont szkoły. Na nowe tablice multimedialne. Na komputery. Na Internety. Na Erasmusy. Na nowe specjalizacje na studiach. To wszystko z Unii, według unijnych norm. Jesteśmy teraz tak blisko Zachodu, że bliżej się nie da, mimo że nasze umiejscowienie na mapie nie zmieniło się ani o centymetr. Już nie jesteśmy zaściankiem, jesteśmy bramą na Wschód! Ale odcinamy się od tego Wschodu, na Litwie nas nie chcą i zamykają nasze szkoły, tam dalej jest zła Rosja, która blokuje nam gaz i gra nam na nosie.

A mi brakuje tego uczucia, że jestem na swoim, że ta Polska jest moja, że nie może tu przyjechać byle kto. Brakuje mi walki o nasze dziedzictwo kulturowe, o naszą tradycję. Przeszkadza mi moda na tolerancję, przeszkadza mi globalizacja. Nie czuję się dobrze w Schengen, chcę okazywać paszport i czuć się bezpiecznie w granicach własnego państwa. Chcę w moim kraju czytać napisy po polsku i nazwy zawodów też mieć po polsku, a nie w katalogu biura karier przeglądać oferty na stanowisko project manager.

Już nie mogę słuchać tych medialnych bredni. Dwa lata po wyborach pamiętam kampanię nowo powstałej partii Polska Jest Najważniejsza. "A new life!" obiecują w reklamach, w których wychodzi cała polaczkowatość i zaściankowość, PRL-owski zachwyt Zachodem, ich kolorowymi telewizorami i coca - colą. 
Po co? Hej, patrzcie, tu jest pięknie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz