Dwa tygodnie temu przeprowadzałam ankiety w Liceum Śródziemnomorskim w Lublinie - zdjęcie pochodzi właśnie z tego wydarzenia. Początkowo byłam raczej entuzjastycznie nastawiona do tego pomysłu. Lubię ludzi, lubię kontakt z nimi i cóż, lubię uczyć, więc kontakt z uczniami miał mi sprawić radość. Z tego powodu poszłam na studia nienauczycielskie, żebym nie zmarnowała kilku lat na studiach, by potem uczyć. Pokrętna logika, ale szczerze bałam się, że skończę w podrzędnej szkole ucząc ludzi, którzy wcale nie chcą być przeze mnie uczeni. Biorąc pod uwagę jaki jest aktualnie poziom młodzieży i jak drastycznie spada (dzisiaj weszłam do bloku, a na parterze kilku dresików wraz z dresiarami urządzili sobie głośną libację. True story.) wątpię, by mój nauczycielski zapał długo się utrzymał. Posunę się do stwierdzenia, że dość szybko zaczęłabym przeklinać wybór zawodu.
Zaczęłam się stresować w momencie, gdy jechałam autobusem. Miałam szczęście, bo ankiety prowadziłam w dwóch kilkuosobowych klasach przy wsparciu kolegi i koleżanki. Miałam to nieszczęście, że oboje się spóźnili, a ja stanęłam przed wizją samotnego prowadzenia zajęć zaledwie piętnaście minut przed ich rozpoczęciem. Czułam się, jakbym miała wkroczyć wprost stopniami w dół do paszczy lwa. Pamiętam dobrze zajęcia z prowadzącymi ankietami za licealnych czasów. Idealny czas na wyluzowanie i pośmianie się z prowadzących. A moja klasa i tak nie była szczególnie brutalną. Bałam się, że się zatnę, że nie będę wiedziała co powiedzieć, że będę czerwona jak burak (przeklęte rude włosy i jasna cera!) i stanę się pośmiewiskiem trzy lata młodszych "kolegów".
Z paszczy lwa uratowała mnie koleżanka, która spóźniła się, wbrew zapowiedziom, zaledwie minutę. Co najlepsze ankiety były przeprowadzane w klasie tejże koleżanki, a osób było pięć. Co nie zmienia faktu, że wraz z początkiem mówienia zaczęło mi walić serce i miałam wrażenie, że zemdleję. I tak jest za każdym razem, przez pierwsze kilka minut.
Nawiązuje do tamtego wydarzenia z dwóch powodów. Dzisiaj prezentowałam referat na zajęciach z nową grupą, co było też dla mnie stresujące przez pierwsze kilka minut. I jutro przeprowadzam kolejne ankiety, tym razem w szkole publicznej z klasami trzydziestoosobowymi i na pewno mniej przyjaźnie nastawionymi. Pociesza mnie fakt, że będzie tam nauczyciel płci męskiej. Mam nadzieję, że cieszy się dużym respektem.
Jak sobie radzić ze stresem podczas wystąpień publicznych? Mi zazwyczaj pomagają głębokie oddechy przez ok. minutę. Co nie zmienia faktu, że wciąż nie opracowałam indywidualnego lekarstwa na stres. Na jednym ze szkoleń, na które często chadzam, doradzali, by przed wyjściem napiąć wszystkie mięśnie najsilniej jak się da, a później je rozluźnić. Podobno pomaga. Cóż, wypróbuję jutro. Życzcie mi powodzenia.
A więcej o ankietach i o projekcie przeczytacie tutaj: www.sempre.org.pl w zakładce Platforma Dialogu.

mnie nic nie pomaga. ja uciekam. lyś
OdpowiedzUsuńWyobrażam sobie, jak prowadzisz prelekcje o Rosierze <3.
OdpowiedzUsuńCieszę się bardzo, że Cię zmobilizowałam!:)
OdpowiedzUsuńNie cierpię publicznych wystąpień, zawsze unikałam tego jak ognia, bo zawsze strasznie się denerwuję, ręce latają i we wszystkie strony, robię dziwne miny i ogólnie się zacinam. A niestety zostałam w tym roku zmuszona do wygłoszenia referatu na studiach. Niby mam jeszcze ponad miesiąc, żeby się przygotować, ale na samą myśl się stresuję... Zdecydowanie wolę przelewać moje myśli na papier, niż stawać przed tłumem wlepionych we mnie oczu. Straaaszne.
I podziwiam za powołanie: chyba nigdy nie zdecydowałabym się na nauczanie. Tak jak mówią: to strasznie niewdzięczny zawód, choć życzę Ci, żebyś trafiła na samych wspaniałych uczniów. :)
Aniołak