niedziela, 22 września 2013

Kto postępuje godniej

Fot. Przemysław Twardowski Fotografia

  Być albo nie być- oto jest pytanie
 Kto postępuje godniej: ten, kto biernie
stoi pod gradem zajadłych strzał losu, 
Czy ten, kto stawia opór morzu nieszczęść
I w walce kładzie im kres?
- W. Szekspir Hamlet

Walka jest nierówna i składa się z wielu pomniejszych bitew. Cieszą nawet małe zwycięstwa. I chociaż bywają dni, gdy już chcesz się poddać, wola przetrwania jest silniejsza, niż trud, jakiego trzeba się podjąć.

I robisz tyle rzeczy, by zapomnieć, by nie móc złapać oddechu, nie mieć nawet chwili na zastanowienie się. Oklejasz pokój cytatami i zdjęciami, zapisujesz się na kolejne szkolenia i wychodzisz wszędzie tam, gdzie są ludzie, których możesz nazwać przyjaciółmi. Kupujesz mnóstwo ubrań, jakby kolejna para spodni, lub torebka mogły ukoić nerwy i sprawić, że poczujesz się lepiej. Już dawno przestało to działać, a szafa pęka w szwach, nie mogąc pomieścić kolejnych upolowanych okazji.

Łóżko okazuje się być najlepszym sprzymierzeńcem. Satynowa pościel w zebrę nie leczy nawet bólu zęba, ale daje złudne uczucie bezpieczeństwa i spokoju. Mogłabyś spać w nim całymi dniami, ale im dłużej śpisz, tym gorzej się czujesz później ze świadomością tego zmarnowanego czasu, który mogłaś poświęcić na naukę i inne konstruktywne rzeczy. I znów wracasz do łóżka, błędne koło zatacza kolejny krąg, a otoczenie fiksuje, przerażone swoją bezradnością.

Nikt nie powiedział, że będzie łatwo i przyjemnie. Nikt nie powiedział, że teraz będzie już z górki. Ostatkiem sił chwytasz się ludzi, którzy podnoszą Cię na chwilę i znów uczą chodzić. Nie od razu Ikar nauczył się latać. Potrzeba czasu, setek kubków jaśminowej herbaty z miodem i morza wina, by obudzić się pewnego dnia i nie pamiętać już, właściwie od czego to wszystko się zaczęło.

wtorek, 17 września 2013

Dzis w domu chciałem wcześniej być

"Dziś w domu chciałem wcześniej być
Intencje miałem szczere, dziś spędzam dobrze
Z soboty będę na niedziele
Nie będzie kłopotów z powrotem - są przyjaciel"
 - Kaliber 44 Normalnie o tej porze 

Zamiast uczyć się do zaliczeń wrześniowych ostatnie tygodnie wakacji postanowiłam spędzić włócząc się z przyjaciółmi tu i tam. Zaowocowało to tygodniowymi obchodami urodzin, co negatywnie odbiło się na moim zdrowiu, ale pozytywnie - na wspomnieniach. Bo co innego nam pozostaje jak budować swoją własną historię?

Od kiedy ostatecznie przyjęłam autostop jako jedyny słuszny sposób podróżowania do innych miast, Polska stała się jakby mniejsza, a odwiedziny przyjaciół częstsze i dużo mniej kosztowne. Zazwyczaj jeżdżę z biznesmenami znudzonymi samotnymi podróżami. Rozmawiamy o ich pracy, o podróżach, o współczesnym systemie edukacji i moich studiach - w takiej kolejności. Więcej słucham, niż mówię - o zdradzających żonach, nowych domach, firmowych wyjazdach i tęsknocie za domem przy takim trybie życia. Potwierdza się fakt, że łatwiej czasem wygadać się kompletnie obcej osobie, której po podrzuceniu na miejsce nie zobaczy się już nigdy więcej.

I chociaż kończą się wakacje, mój kalendarz wypełniam kolejnymi planami podróży. W głowie znów mam setkę marzeń i milion pomysłów po tygodniach pełnych inspiracji, małych osobistych sukcesów i wielokrotnemu przekraczaniu własnych granic. Na urodziny nie dostałam biletu do Australii, ani nawet na Crystal Fighters, nie skoczyłam na bungee, nie trafiłam szóstki w totka, ale dostałam coś znacznie cenniejszego - przyjaciół, których obecności nie zamieniłabym za żadne skarby świata.

Najsłodszy tort urodzinowy ever
 





Clubbing
Łazienki
Agatowa 40%

Inspirująca sztuka Daniela
Widok z okna
Takie modne ostatnio zdjęcie w windzie

czwartek, 12 września 2013

Pięć drinków, trzy lokale, jedne zaręczyny

Bayonne

Siedzę wkurwiona na placu pod merostwem w Bayonne trując się kolejnymi papierosami. Plecak jest za ciężki, słońce razi niemiłosiernie w oczy mimo przeciwsłonecznych okularów, kanapka została zjedzona, a do odjazdu busa zostało jeszcze sześć godzin. Aparat rozładował się po kilku niezbyt przemyślanych klatkach. Zdenerwowana, nie bacząc na stan baterii ani ilość środków na koncie, wyładowuję swoją frustrację w niezbyt eleganckich słowach w rozmowie z przyjaciółką.

Ostatni dzień pracy zapowiadał się spokojnie. Miałam pojechać na zakupy, zrobić kanapki na podróż, popływać w basenie i napawać się ciszą oraz utęsknioną samotnością w opuszczonej już przez domowników letniej posiadłości. Jednak moi pracodawcy postanowili delikatnie zmodyfikować moje plany. Po odstawieniu swojej rodziny na lotnisko, uznali, że najlepiej będzie, gdy razem z całym moim dobytkiem od osiemnastej pozwiedzam sobie Bayonne, z którego o pierwszej w nocy odjeżdżał mój bus. Oni, niestety, nie mogli mi towarzyszyć, gdyż byli umówieni na kolację ze znajomymi. Pakowałam się w pośpiechu, sprzątałam dom niemalże do ostatniej chwili, zjadłam mało pożywny obiad i nie zdążyłam przygotować sobie żadnego jedzenia na podróż.

W efekcie tkwiłam sama w obcym mieście z niedoborem sklepów spożywczych w centrum, bez znajomych i perspektyw na kreatywne spędzenie pozostałego mi czasu. Z żalu zdecydowałam udać się do upatrzonego podczas poprzedniej wizyty irlandzkiego pubu i najzwyczajniej w świecie utopić smutki w niepitym przez trzy tygodnie piwie.



Lokal pierwszy, drink pierwszy: cydr


Przed wizytą we Francji zazwyczaj słyszy się ostrzeżenia: przyswój sobie podstawowe zwroty, ponieważ Francuzi gardzą angielskim. Potrafią obrócić się na pięcie i udać w swoją stronę, choćbyś szukał szpitala, bo właśnie jakiś nierozgarnięty kierowca przejechał ci po stopie. I chociaż z późniejszych obserwacji wynika, że - owszem - niewykształcona warstwa społeczna po angielsku ani be, ani me, tak ludzie o wyższym wykształceniu i studenci zatrudnieni w barach z porozumiewaniem się w obcym narzeczu problemu nie mają i sami chętnie proponują przejście na najpopularniejszy język na świecie. Co nie zmieniło mojej sytuacji ani na jotę, bo nieznajomość irlandzkich piw skończyła się przypadkowym zamówieniem kiepskiego cydru.



Lokal drugi, drink drugi i trzeci: wino

Usiadłam w ogródku restauracji, w której zostawiłam na przechowanie walizkę. Zamówiłam kolację, w oczekiwaniu pijąc wodę, kiedy podszedł do mnie starszy mężczyzna i zaproponował, żebym się przysiadła, bo wyglądam na smutną i samotną. Przystałam na propozycję. Próbowałam odmówić wina, jednak asertywność w takich przypadkach nie jest moją mocną stroną.

Towarzystwo dwóch starszych Francuzów okazało się czarujące, a wątpliwości dotyczące mojego francuskiego zostały rozwiane. Spędziliśmy kilka godzin żartując, dyskutując o różnicach kulturowych i architekturze. Moi towarzysze łapali się za głowę słysząc jak długo będzie trwała moja podróż - zaproponowali nawet, że odwiozą mnie motorem...


Lokal trzeci, drink czwarty i piąty: wreszcie piwo

 

Pozostały mi czas postanowiłam spędzić w niewielkim barze połączonym z tabac po drugiej stronie ulicy. Właściwie to tabac z kącikiem barowym - niemniej nie mogłam narzekać, gdyż był otwarty do drugiej, mogłam usiąść wygodnie, sączyć piwo i przeglądać kupioną na lotnisku Marie Claire.

Plan był niezły, realizacja - odrobinę trudniejsza. Mieszkańcy Pays - Basque są bardzo otwarci i lubią nawiązywać kontakty z innymi, szczególnie obcokrajowcami. W niedługim czasie siedziałam otoczona gronem bywalców, którzy "stanowią jedną wielką rodzinę" (ich słowa), zachwycających się moją osobą. Cóż, moje pojawienie się musiało im umilić codzienną rutynę, bo do mojego stolika podchodził niemalże każdy, pytając czy naprawdę jestem Polką, co tu robię, dlaczego wracam do domu i czy nie mogę zostać dłużej. W pewnym momencie mężczyzna, który siedział ze mną przy stoliku najdłużej, stwierdził, że jedynym sposobem, żeby mnie zatrzymać we Francji jest małżeństwo.

Skończyłam z numerem telefonu dwudziestoczteroletniego malarza w kieszeni, naszyjnikiem i pierścionkiem "na szczęście" oraz obietnicą szybkiego wesela w Polsce.  

Tyle wygrać.

czwartek, 5 września 2013

Sublimacja morderstwa

"A jednak w samym wykonywaniu zdjęcia jest coś drapieżnego. Wykonać ludziom zdjęcia - to gwałcić ich i oglądać takimi, jacy sami nigdy siebie nie widują: w ten sposób ludzie ci stają się przedmiotami, które mogliby symbolicznie mieć. Podobnie jak aparat jest sublimacją broni, robienie komuś zdjęcia - stanowi sublimację morderstwa - łagodnego morderstwa, pasującego do naszych smutnych, pełnych strachu czasów."
- Susan Sontag O fotografii

Rzadko kiedy pozuję, chyba że na imprezach, pijąc brudzia z dawno niewidzianą przyjaciółką albo tańcząc po pijaku YMCA. Ten raz stanowił wyjątek ze względu na początek kariery Kasi jako wizażystki.
Sam klimat - dom, który został spalony kilka lat temu z trzeszczącą podłogą i na wpół zapadniętym sufitem - nieodłącznie kojarzył mi się z esejami Sontag i filmami grozy, w których pod pozorem niewinnego spotkania naiwne młode dziewczyny zostają brutalnie zamordowane, a z ich ciałami dzieje się coś niezbyt miłego. 

Na szczęście fotograf jest normalny i nie zamierzał nam zrobić krzywdy, wręcz przeciwnie - spotkanie zaowocowało fajną sesją, którą publikuję poniżej.



Zdjęcia: Przemysław Twardowski Fotografia
Make up artist: Katarzyna Zelent

Więcej zdjęć po kliknięciu:

środa, 4 września 2013

Tak się bawimy na studiach

Odkryłam, że od dwóch tygodni w sieci krążą filmiki z naszych plenerów fotograficznych i wystawy, którą zorganizowaliśmy pod koniec semestru. Nawet się tam dużo przewijam.

Enjoy!

Plener w Kazimierzu






Wycieczka do studia na Diamentowej

 





Wystawa "Obudzone inspiracje"