| Bayonne |
Siedzę wkurwiona na placu pod merostwem w Bayonne trując się kolejnymi papierosami. Plecak jest za ciężki, słońce razi niemiłosiernie w oczy mimo przeciwsłonecznych okularów, kanapka została zjedzona, a do odjazdu busa zostało jeszcze sześć godzin. Aparat rozładował się po kilku niezbyt przemyślanych klatkach. Zdenerwowana, nie bacząc na stan baterii ani ilość środków na koncie, wyładowuję swoją frustrację w niezbyt eleganckich słowach w rozmowie z przyjaciółką.
Ostatni dzień pracy zapowiadał się spokojnie. Miałam pojechać na zakupy, zrobić kanapki na podróż, popływać w basenie i napawać się ciszą oraz utęsknioną samotnością w opuszczonej już przez domowników letniej posiadłości. Jednak moi pracodawcy postanowili delikatnie zmodyfikować moje plany. Po odstawieniu swojej rodziny na lotnisko, uznali, że najlepiej będzie, gdy razem z całym moim dobytkiem od osiemnastej pozwiedzam sobie Bayonne, z którego o pierwszej w nocy odjeżdżał mój bus. Oni, niestety, nie mogli mi towarzyszyć, gdyż byli umówieni na kolację ze znajomymi. Pakowałam się w pośpiechu, sprzątałam dom niemalże do ostatniej chwili, zjadłam mało pożywny obiad i nie zdążyłam przygotować sobie żadnego jedzenia na podróż.
W efekcie tkwiłam sama w obcym mieście z niedoborem sklepów spożywczych w centrum, bez znajomych i perspektyw na kreatywne spędzenie pozostałego mi czasu. Z żalu zdecydowałam udać się do upatrzonego podczas poprzedniej wizyty irlandzkiego pubu i najzwyczajniej w świecie utopić smutki w niepitym przez trzy tygodnie piwie.
Lokal pierwszy, drink pierwszy: cydr
Przed wizytą we Francji zazwyczaj słyszy się ostrzeżenia: przyswój sobie podstawowe zwroty, ponieważ Francuzi gardzą angielskim. Potrafią obrócić się na pięcie i udać w swoją stronę, choćbyś szukał szpitala, bo właśnie jakiś nierozgarnięty kierowca przejechał ci po stopie. I chociaż z późniejszych obserwacji wynika, że - owszem - niewykształcona warstwa społeczna po angielsku ani be, ani me, tak ludzie o wyższym wykształceniu i studenci zatrudnieni w barach z porozumiewaniem się w obcym narzeczu problemu nie mają i sami chętnie proponują przejście na najpopularniejszy język na świecie. Co nie zmieniło mojej sytuacji ani na jotę, bo nieznajomość irlandzkich piw skończyła się przypadkowym zamówieniem kiepskiego cydru.
Lokal drugi, drink drugi i trzeci: wino
Usiadłam w ogródku restauracji, w której zostawiłam na przechowanie walizkę. Zamówiłam kolację, w oczekiwaniu pijąc wodę, kiedy podszedł do mnie starszy mężczyzna i zaproponował, żebym się przysiadła, bo wyglądam na smutną i samotną. Przystałam na propozycję. Próbowałam odmówić wina, jednak asertywność w takich przypadkach nie jest moją mocną stroną.Towarzystwo dwóch starszych Francuzów okazało się czarujące, a wątpliwości dotyczące mojego francuskiego zostały rozwiane. Spędziliśmy kilka godzin żartując, dyskutując o różnicach kulturowych i architekturze. Moi towarzysze łapali się za głowę słysząc jak długo będzie trwała moja podróż - zaproponowali nawet, że odwiozą mnie motorem...
Lokal trzeci, drink czwarty i piąty: wreszcie piwo
Pozostały mi czas postanowiłam spędzić w niewielkim barze połączonym z tabac po drugiej stronie ulicy. Właściwie to tabac z kącikiem barowym - niemniej nie mogłam narzekać, gdyż był otwarty do drugiej, mogłam usiąść wygodnie, sączyć piwo i przeglądać kupioną na lotnisku Marie Claire.
Plan był niezły, realizacja - odrobinę trudniejsza. Mieszkańcy Pays - Basque są bardzo otwarci i lubią nawiązywać kontakty z innymi, szczególnie obcokrajowcami. W niedługim czasie siedziałam otoczona gronem bywalców, którzy "stanowią jedną wielką rodzinę" (ich słowa), zachwycających się moją osobą. Cóż, moje pojawienie się musiało im umilić codzienną rutynę, bo do mojego stolika podchodził niemalże każdy, pytając czy naprawdę jestem Polką, co tu robię, dlaczego wracam do domu i czy nie mogę zostać dłużej. W pewnym momencie mężczyzna, który siedział ze mną przy stoliku najdłużej, stwierdził, że jedynym sposobem, żeby mnie zatrzymać we Francji jest małżeństwo.
Skończyłam z numerem telefonu dwudziestoczteroletniego malarza w kieszeni, naszyjnikiem i pierścionkiem "na szczęście" oraz obietnicą szybkiego wesela w Polsce.
Tyle wygrać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz