Na początku Gdańsk odrobinę mnie rozczarował. Po wyjściu z
busa marzyliśmy z M. tylko i wyłącznie o zjedzeniu czegoś ciepłego, wzięciu
prysznica i znalezieniu się w łóżku. Przez całą noc nie zmrużyliśmy oka, więc
wszystko nas irytowało i bezustannie na siebie warczeliśmy. Sytuacja na Dworcu
PKS nie pomagała. Nieczęsto odwiedzam większe miasta w Polsce poza Warszawą,
więc byłam przyzwyczajona do kultury komunikacji, jaką przedstawia sobą
stolica. Wszyscy wiedzą, że schody ruchome są dla szybszych i wolniejszych,
manifestacja następuje poprzez stanięcie po odpowiedniej stronie. Można biegać,
ale nie wpadać na siebie jak głupki i najlepiej po prostu trzymać się prawej
strony. I działa. Może tylko przy wejściu do metra robi się chaos, ale biorąc
pod uwagę szybkość tego środka transportu można spokojnie to wybaczyć.
Dworzec w Gdańsku przywitał nas właśnie takim chaosem, jakby
nagle wszyscy chcieli wejść do metra. Ludzie byli wszędzie. Nikt nie trzymał
się żadnej strony. Wszyscy szli jak w pijackim amoku. Często w grupkach. A jeśli w
grupkach to zazwyczaj samym środkiem. Nikt nie zwracał uwagi na turystów
objuczonych setką bagaży, przecież łatwiej potrącić, niż zmienić kierunek o
kilka stopni. Kulminacją było nasze wyjście z podziemi. M. niósł dwie walizki,
a jakiś idiota i tak usiłował mu wręczyć ulotkę. Nie wiem czym miał ją chwycić,
zębami? Ale M. jest miły i gdy wracał już z jednym bagażem wziął tę ulotkę. By
ją ostentacyjnie zmiąć i wyrzucić do najbliższego kosza.
Nie można jednak obwiniać mieszkańców Gdańska – już w hotelu
przekonałam się, że są to najmilsi ludzie na świecie. Dworcowy chaos wynika z
nadmiaru turystów. Mimo wszystko w Warszawie jest ich sporo mniej i łatwiej
jest dostosować się im do niepisanych reguł panujących w mieście. Gdzie są
turyści, jest chaos. Jestem gorąco za tym, by zrobić kolorowe napisy na podłożu
wraz ze strzałkami „idź tędy”. Taka prosta rzecz, a może pomogłaby masie
usystematyzować swoje kroki.
Kolejną rzeczą, która mnie zszokowała były tramwaje. Nie dlatego, że wcześniej nie zdawałam sobie sprawy z ich istnienia - znów odezwały się przyzwyczajenia z Warszawy, gdzie dominują nowe pojazdy. Do hotelu jechaliśmy egzemplarzem bardzo starym co odbiło się na komforcie jazdy. Nie miałam przyjemności zajęcia miejsca siedzącego, na dodatek musiałam pilnować bagaży, by nie pofrunęły przy takiej dawce wstrząsów. Tył tramwaju kompletnie nie był oddzielony żadną barierką od drzwi, przez co nieustannie bałam się, że M. wypadnie przy mocniejszym szarpnięciu. Nie wypadł. Drzwi nie wyróżniały się szczególnie od ścianki, więc przyciął sobie nimi rękę.
Każde miasto ma swoje dziwactwa - Gdańsk ma pasy na tory. Droga do raju.
Zdjęcie zrobione w pobliżu
stadionu PGE Arena Gdańsk, gdzie przypadkiem zajechaliśmy, gdy wsiedliśmy z M.
do byle jakiego tramwaju, wysiedliśmy na dowolnym przystanku (i tak nie
znaliśmy trasy przejazdu) i poszliśmy w nieznane. Co najzabawniejsze w tym
nieznanym jeździł jeden jedyny autobus nocny, akurat do nas. Mamy niesamowite szczęście.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz