Mój nowy przyjaciel Charlie.
Będąc na szkoleniu w Nasutowie, w miejscu, gdzie popełniłam wiele głupot, rozmyślałam nad tym wszystkim, nad dojrzewaniem i odpowiedzialnością za własne decyzje. Z tymi samymi ludźmi byłam w tym miejscu rok, dwa i trzy lata temu. Wracając zachowujemy się prawie tak samo, mimo doświadczeń między wyjazdami.
O północy zaczęli śpiewać mi sto lat i wręczyli prezent. Mimo że byłam potwornie zmęczona po pierwszej nocy, starałam się wytrwać jak najdłużej. Było ciężko. Dostałam grę "Węże i menele" oraz moją ulubiona lubelską cytrynówkę. Kilka miesięcy temu umówiliśmy się ze znajomymi, że będziemy sobie kupować pijackie gry na urodziny i są to już trzecie, gdy konsekwentnie trzymamy się postanowienia. Pierwsza była alkoholowa ruletka oraz jenga. Teraz czas na planszówkę.
Byłoby bardzo niekulturalnym z mojej strony zamknąć się z takim prezentem w pokoju. Trzeba było ochrzcić grę, zmęczenie grało tutaj rolę drugoplanową.
Błędem było to, że stwierdziliśmy w pewnym momencie, że jest za mało pól, na których się pije, więc piliśmy na wszystkich. W godzinę mnie nie było.
W niedzielę rano musiałam wracać do domu na rodzinny obiad. Wyszliśmy z M. o 10 z ośrodka i udaliśmy na oddalony półtora kilometra przystanek, na którym przypomnieliśmy sobie, że busy nie jeżdżą szczególnie często w niedzielę. Za to jeżdżą samochody. Postanowiliśmy złapać stopa. Długo nie musieliśmy czekać, bo zaraz znalazł się miły pan, który podrzucił nad do Niemiec (miejscowość k/Lublina), skąd równie szybko złapaliśmy samochód do Lublina. Zaoszczędziliśmy mnóstwo czasu, bo dojechaliśmy w pół godziny, tyle co jedzie bezpośrednio wynajęty bus.
Babcia zawsze gdy nas odwiedza przywozi dla mnie i mojego brata słodycze i owoce. Zawsze po równo, co do jednego cukiereczka, żebyśmy nie byli zazdrośni, ani nie mieli żadnego powodu, by się pokłócić. I mimo, że jesteśmy już dawno dorośli, wciąż trzyma się tej zasady.
Tym razem w swoich wyliczeniach uwzględniła również M. Czekolada dla mnie, dla brata, dla M. Snickers dla mnie, dla brata, dla M. Po nektarynce i po gruszce. I wszyscy szczęśliwi.
Po obiedzie razem z babcią, mamą i M. poszliśmy na spacer. Teraz parkiem można dojść bezpośrednio na babciny przystanek, z którego ma już chwilę do domu. Wcześniej nie było to takie proste.
Słońce chyliło się już ku zachodowi. W parku biegały psy, spacerowały rodziny z dziećmi i starsze małżeństwa. Szliśmy tak, trzy pokolenia kobiet - babcia, mama i ja - oraz M. Chyba nigdy tak nie odczuwałam przemijania jak podczas tamtego spaceru.
Wieczorem spotkaliśmy się w kilka osób na piwie. Na spokojnie, bez szaleństw. Poszliśmy na koncert Czesława w ramach Europejskiego Festiwalu Smaku, gdzie największą atrakcją było nadmuchiwanie balonów i rzucanie ich w tłum. Kupiliśmy dużo żelek Haribo na jednym z ulicznych stoisk. W końcu przeszliśmy się na stancję do koleżanki, gdzie potańczyliśmy Gangam Style, wypiliśmy alkohol i pogadaliśmy o praktycznych biznesach (np. proszek, który nie pierze. Skoro nie widać różnicy to po co przepłacać?).
W windzie w bloku koleżanki K., na której stancji byliśmy, jest taki fajny guzik. Podejrzewamy, że to inicjatywa sąsiada, który bardzo mocno identyfikuje się z narodem niemieckim. Na co dzień zajmuje się żebraniem na piwo, opowiadaniem o dziadku w Wermahcie i podśpiewywaniem nazistowskich piosenek.Po naciśnięciu guzika do windy wlatuje takie dziwne, zimne powietrze. Również podejrzewamy, że to sprawka sąsiada.
Było właśnie tak, jak sobie zaplanowałam i jak chciałam, biorąc pod uwagę, że następnego dnia szłam do pracy i byłoby niewskazane, by przyjść na kacu. Poza tym już trochę wyrosłam z tych szaleństw. Kiedyś trzeba dorosnąć.
PS. Zdałam poprawkę :).



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz