fot. ja
W poniedziałek poszłam do pracy z typowym dla tego dnia
tygodnia nastawieniem. „Ale mi się nie chce, a tobie?” było najczęstszym
powtarzanym zdaniem przez pierwsze dwie godziny. Wyjątkowo łatwo się
rozpraszałam i frustrowałam.
Moja niechęć do pracy długo nie trwała. Mijając paletę pełną
paneli podłogowych potknęłam się o nią i runęłam na koleżankę. Dobrze, że nie
na te panele. Niepotrzebna mi jeszcze stłuczona głowa.
Przez pierwsze dwadzieścia minut myślałam „poboli, zaraz
przestanie”. Później zaczęłam się niepokoić, bo miałam spore trudności z
chodzeniem. W związku z tym zgłosiłam kierownikowi, że nie mogę pracować w
związku z przywaleniem w paletę. Został spisany protokół z wypadku i zostałam
wysłana do lekarza.
Około jedenastej pierwszy raz zadzwoniłam do mamy, żeby po
mnie przyjechała. Nie odbierała. Telefonu domowego też nie. Po półgodzinie
zwątpiłam i zadzwoniłam do kumpla, który powiedział, że niedługo będzie. Po
pięćdziesięciu minutach od pierwszego telefonu, w między czasie wielokrotnych próbach
zlokalizowania rodzicielki przez tatę, babcię i przyjaciółkę, w końcu do mnie
oddzwoniła pytając co się dzieje i że przyjechałaby do szpitala. W końcu mnie z
niego odebrała, po trzech godzinach walki o prześwietlenie.
Polska służba zdrowia to koszmar. Zawsze o tym wiedziałam,
szczególnie że jestem dość chorowitą osobą (bądź łajzą, jak mówią o mnie
znajomi), ale nie spodziewałam się, że będę musiała czekać tyle czasu, by
dowiedzieć się, że właściwie nic mi nie jest, mocno się potłukłam i powinnam leżeć
w łóżku i robić okłady.
W między czasie spotkałam znajomych, którzy wracając
samochodem z rozpoczęcia roku szkolnego wpadli w zakręt i dachowali. Na
szczęście nic poważnego się im nie stało. Teraz się z tego śmieją i podśpiewują
„kiedy znajdziemy się na zakręcie, co z nami będzie?..”

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz