czwartek, 6 września 2012

Kiedy znajdziemy się na zakręcie


fot. ja

W poniedziałek poszłam do pracy z typowym dla tego dnia tygodnia nastawieniem. „Ale mi się nie chce, a tobie?” było najczęstszym powtarzanym zdaniem przez pierwsze dwie godziny. Wyjątkowo łatwo się rozpraszałam i frustrowałam.
Moja niechęć do pracy długo nie trwała. Mijając paletę pełną paneli podłogowych potknęłam się o nią i runęłam na koleżankę. Dobrze, że nie na te panele. Niepotrzebna mi jeszcze stłuczona głowa.

Przez pierwsze dwadzieścia minut myślałam „poboli, zaraz przestanie”. Później zaczęłam się niepokoić, bo miałam spore trudności z chodzeniem. W związku z tym zgłosiłam kierownikowi, że nie mogę pracować w związku z przywaleniem w paletę. Został spisany protokół z wypadku i zostałam wysłana do lekarza.
Około jedenastej pierwszy raz zadzwoniłam do mamy, żeby po mnie przyjechała. Nie odbierała. Telefonu domowego też nie. Po półgodzinie zwątpiłam i zadzwoniłam do kumpla, który powiedział, że niedługo będzie. Po pięćdziesięciu minutach od pierwszego telefonu, w między czasie wielokrotnych próbach zlokalizowania rodzicielki przez tatę, babcię i przyjaciółkę, w końcu do mnie oddzwoniła pytając co się dzieje i że przyjechałaby do szpitala. W końcu mnie z niego odebrała, po trzech godzinach walki o prześwietlenie.

Polska służba zdrowia to koszmar. Zawsze o tym wiedziałam, szczególnie że jestem dość chorowitą osobą (bądź łajzą, jak mówią o mnie znajomi), ale nie spodziewałam się, że będę musiała czekać tyle czasu, by dowiedzieć się, że właściwie nic mi nie jest, mocno się potłukłam i powinnam leżeć w łóżku i robić okłady.

W między czasie spotkałam znajomych, którzy wracając samochodem z rozpoczęcia roku szkolnego wpadli w zakręt i dachowali. Na szczęście nic poważnego się im nie stało. Teraz się z tego śmieją i podśpiewują „kiedy znajdziemy się na zakręcie, co z nami będzie?..”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz