niedziela, 24 lutego 2013
Kilka kilometrów od domu
Zazwyczaj kiedy staję na życiowym zakręcie i próbuję odpowiedzieć sobie na pytanie "co dalej?" - wyjeżdżam. Może to być kilka dni u babci, znajomych, projekt - nie ma to wielkiego znaczenia. W domu, otoczona chomikowanymi w różnej formie wspomnieniami, trudniej jest mi się zdystansować i spojrzeć na problem z boku. Nie lubię zmian i potrzebuję dużo czasu, by oswoić się z nową sytuacją. Więc kiedy taką napotykam, staram się zamienić ją na jeszcze nowszą.
Spędziłam ostatnie cztery dni zaledwie kilka kilometrów od domu, ale w towarzystwie, w którym odległość od miejsca zamieszkania nie ma znaczenia, by poczuć się jak na najbardziej odprężających wakacjach ever. Kiedy budziłam się ze łzami w oczach o trzeciej nad ranem, miałam świadomość, że mogę wczołgać się do łóżka obok i opowiedzieć wszystkie dręczące mnie koszmary. Wiedziałam, że nikt nie będzie mnie oceniał, ani męczył swoją analizą sytuacji, tylko przytuli i powie krótko swoje zdanie. Kiedy potrzebowałam być sama - byłam, ale kiedy tylko miałam ochotę się pośmiać wystarczyło otworzyć drzwi rozdzielające moją sypialnię od reszty apartamentu.
I chociaż podczas wizyty studyjnej nie zintegrowaliśmy się za bardzo z goszczącymi u nas Łotyszami, zintegrowaliśmy się między sobą, w naszej grupie projektowej - i to jest najcenniejsza rzecz, którą wyniosłam z tego projektu i przez którą wracałam ze łzami w oczach do domu, opuszczając najcudowniejsze współlokatorki na świecie.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

mieć takich ludzi (bo tu o ludzi chodzi, nie o miejsce), to prawdziwe szczęście.
OdpowiedzUsuń