sobota, 9 lutego 2013

Obojętność

Widok z mojego okna

Około dwudziestej trzeciej temperatura spada poniżej zera. Pierwszy bocian przyleciał już do Polski, więc jestem zdziwiona pogodą, ale na bocianach i ich preferencjach pogodowych to ja się nie znam, więc się nie wypowiem. Nieokreślona breja śniegu wymieszana z błotem na wszystkich ścieżkach niepokrytych betonem i kostką zamienia się w uroczą ślizgawkę poznaczoną śladami podeszw. Niestety, moje sportowe buty preferują powierzchnię suchą, co stwarza spore problemy z chodzeniem. Nagle zauważam mój ostatni autobus radośnie jadący sobie po ulicy prześwitującej zza drzew. Biegnę. Biegnę, biegnę, biegnę, pokonuję kolejne metry sprintem próbując dogonić 28 Os. Poręba. Niestety. Dzieli mnie tylko dziesięć metrów, ale autobus ucieka zostawiając mnie z walącym sercem i przyspieszonym oddechem.

Przechodzę na drugą stronę ulicy, po kilku minutach przyjeżdża 28 Felin. Wsiadam. Nieprzyzwyczajone do takiego wysiłku fizycznego serce wali coraz szybciej, kręci mi się w głowie i zastanawiam się, kto mógłby pomóc mi wrócić do domu, bo czuję, że sama sobie nie poradzę. Próbuję wybrać numer telefonu, ale po chwili rezygnuję. Zdejmuję okulary - autobus wiruje coraz szybciej i mam przeczucie, że lepiej schować je do torebki. Te pięć minut w autobusie ciągnie się już wieczność, mam wrażenie, że przejechałam całe miasto, a ja już nie mogę, muszę na powietrze. Idę do drzwi, zgina mnie w pół, obraz gaśnie.

Zapadam się w jakąś niewyjaśnioną nicość i jest mi w niej dobrze, autobus jedzie i jedzie, a ja czuję jakbym pokonywała kolejne przystanki na jednorożcu, jest tak radośnie i tęczowo. I nagle słyszę "nic ci nie jest? halo, odezwij się!" i otwieram oczy. Odrywam się od tej nicości, jestem w tym samym autobusie, na tym samym przystanku, tylko leżę na podłodze. Wokół mnie trzech życzliwych chłopaków próbuje mnie docucić i zbiera moje rzeczy.  Nie za bardzo orientuję się co się ze mną dzieje, ale przynajmniej zaraz po przebudzeniu nie zadaję tego głupiego pytania "gdzie ja jestem?", bo widzę przecież szyby, rurkę, na której zamontowany jest kasownik i pokrytą śnieżną breją podłogę, na której niezbyt wygodnie sobie leżę. Jeden z życzliwych chłopaków proponuje, że odprowadzi mnie do domu, zgadzam się, bo ciężko mi w tym momencie nawet stwierdzić, jak się nazywam, dobrze, że pamiętam, gdzie mieszkam i jak tam dotrzeć.

Nie umiem powiedzieć niczego innego niż - dziękuję. Zrobiłam to również wprost, zrobił to mój brat, który odebrał mnie z przystanku. Jestem w szoku, że kompletnie obcy ludzie tak zainteresowali się losem przypadkowej osoby. Z drugiej strony - ja zachowałabym się tak samo (ostatnio znalazłam się właśnie w sytuacji odwrotnej), ale wiem, że nie każdy by tak postąpił. Ile razy spotkaliście się z obojętnością wobec leżących gdzieś osób, szczególnie w starszym wieku, kierując się stereotypem, że to na pewno jakiś bezdomny żul, któremu zaraz ktoś pomoże? Ile razy uciekaliście, bądź byliście świadkiem sytuacji, kiedy ktoś potrzebował pomocy i nikt nie ruszył się, by tej osobie pomóc?

Jestem idealistką i chciałabym żyć w świecie, w którym obojętność jest pojęciem kompletnie nieznanym. Cóż, mogę zacząć jedynie od siebie i wykreślić ją ze swojego słownika. A tym obojętnym życzę, by znalazł się ktoś, kto im pomoże w potrzebie.

1 komentarz:

  1. Lublin, Lublin everywhere :)
    Cieszę się, że są u nas tacy ludzie. Że w ogóle są tacy ludzie.

    OdpowiedzUsuń