sobota, 11 maja 2013
Prawdziwy mężczyzna to taki, który potrafi pięknie skończyć, a nie zacząć
Odnoszę wrażenie, że nad naszym światem zawisła depresyjna chmura, odpowiedzialna za destrukcję szczęścia i relacji międzyludzkich. W moim otoczeniu rozpada się coraz więcej związków. I jest to konkluzja wynikająca z dziesiątek rozmów odbytych w przeciągu ostatnich kilku tygodni z wieloma osobami.
Na początku każdy potrafi być czarujący. Setki obietnic wyszeptanych do ucha, romantyczne gesty, kwiaty. Zaskakujące rzeczy, których nigdy byś się nie spodziewała. Spotkania, po których wracasz do domu, wciąż czując zapach drugiej osoby. Bicie serca i zarumienione policzki. Podczas pierwszej fazy zauroczenia, kiedy przyszłość relacji jest jeszcze nieokreślona, kiedy na każdym kroku towarzyszy jej ta podniecająca niepewność, wszystko wydaje się łatwe i tęczowe. Każdy stara się pokazać z jak najlepszej strony. "Przy tobie jestem lepszym człowiekiem". Ile razy to słyszałaś na początku? A później?
Panuje powszechne przekonanie, że kiedy znajdziesz swoją drugą połówkę, zakochasz się tak, jak w najbardziej romantycznej powieści, to wszystko będzie już z górki. W końcu rozumiecie się, pasujecie do siebie, staracie się. Kiedy przemija pierwsza faza zauroczenia pozostaje praca nad związkiem. Z czasem przyzwyczajasz się do obecności drugiej osoby. Wierzysz, że skoro mówi, że będzie zawsze, mimo wszystko, aż do końca waszych dni, to możesz trochę poluzować. Rzadziej robić coś razem, mniej dbać o uczucia drugiej osoby, częściej mówić o jedno słowo za dużo. Już nie pieczesz tortu na urodziny, tylko kupujesz babeczkę w cukierni. Nie wysyłasz sms - a na dobranoc, nie czekasz na telefon, że wrócił bezpiecznie do domu. I chociaż faktycznie nie można rzygać tęczą całe życie, czasem takie opadnięcie emocji przybiera gorszy obrót.
Każde rozstanie wygląda inaczej, ale nieodłącznie wiąże się z bólem i ogromnymi zmianami, jakich trzeba dokonać w swojej codzienności. Podobno żeby coś weszło w nawyk, żeby przyzwyczaić się do czegoś, potrzeba na to dwudziestu jeden dni. Pogodzenie się z brakiem bliskości ukochanej osoby nie ma ram czasowych. A pogodzenie się ze świadomością, że osoba, z którą wiązało się przyszłość i poświęciło się jej spory fragment swojego życia, na koniec okazała się kimś zupełnie innym?
Ktoś zdradził. Ktoś skłamał. Ktoś ukrywał istotne fakty ze swojego życia, bądź przemilczał pozornie nieistotne rzeczy. Ktoś wykrzyczał na koniec w twarz słowa, których nie spodziewałaś się usłyszeć od najgorszego wroga. Ktoś zarzucił ci rzeczy, które moralnie były poniżej pasa i jeszcze gorsze.
Po rozstaniach, kiedy pierwszy gniew opadnie, najczęściej wspomina się właśnie początki. Pożądanie i miłość w oczach, dbanie o partnera, wszystkie słodkie rzeczy, które robił, bądź mówił. Szkoda, że często kończy się to refleksją "na początku był taki cudowny, a później okazał się takim chujem", "zupełnie przestał mnie szanować". I chociaż na temat przyczyn takiego stanu rzeczy można dyskutować bez końca, cytując "Dlaczego mężczyźni kochają zołzy", jedna rzecz pozostaje bezdyskusyjna. Facet z klasą to taki, który kończy związek starając się jak najmniej skrzywdzić drugą osobę.
A teraz wyobraź sobie ciepłe, wiosenne popołudnie. Zalane pomarańczowymi już promieniami miasto, a w nim dwa samotne, jeszcze niedawno będące sobie bliskie serca. Ostatnie pocałunki raczej z przyzwyczajenia, ostatnie uściski, ostatnie trzymanie się za ręce. Dużo łez i dużo przytulania. Oraz mnóstwo wspominania cudownych chwil przeżytych razem. Rozmowy o przyjaźni w nieokreślonej przyszłości. Zapewnienia o tym, że sama dasz sobie radę, że jesteś silną i cudowną kobietą, ale musisz iść dalej. To nie ten czas, nie to miejsce, nie te emocje.
I chociaż to wspomnienie łączy się z tymi złymi scenariuszami rozstań obopólnym bólem oraz płaczem, ma w sobie coś pięknego. Tę świadomość, że nie dokonałam złego wyboru. Że od początku do końca postawiłam na odpowiedniego mężczyznę. Moje wspomnienia nie zostały zmienione przez gniewny obraz ostatniej kłótni. Nadal są cudowne i są tylko moje. Tych doświadczeń nikt mi nie zabierze. Nie pluję sobie w brodę za zmarnowane lata, nie chciałabym cofnąć się w czasie i wszystkiego zmienić. Chyba że po to, by przeżyć to jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze raz.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Bardzo ładny i prawdziwy post. Pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńhttp://designdetector.blogspot.com/