poniedziałek, 27 maja 2013

Where the magic happens



Podróżowanie jest pewnego rodzaju przekraczaniem swojej strefy komfortu, szczególnie kiedy podróżujemy in student's style - z mocno ograniczoną liczbą gotówki, bez zabukowanych przejazdów, autostopem lub z zaprzyjaźnionym kierowcą tira, który bardzo dba o odpowiednią zawartość alkoholu we krwi współpasażerowiczek. 

Zawsze miałam pewne opory przed podróżowaniem autostopem. Głównie ze względu na strach przed porwaniem albo trafieniem na jakichś psycholi, którzy mnie zgwałcą, poćwiartują moje ciało i zakopią w okolicznym lesie. Media i popkultura codziennie karmią nas wizjami uprowadzeń młodych, naiwnych kobiet, więc moje obawy nie były bezzasadne. Ale kiedy ja siedziałam w domu i tęskniłam do przyjaciół mieszkających w innym mieście, oni stali przy drodze z profesjonalnymi tabliczkami i zwiedzali Polskę oraz Europę. Moja tablica na Facebooku jest zalana informacjami o kolejnych planach darmowych podróży i zdjęciami z tych już odbytych. I mimo że jestem uzależniona od adrenaliny, nigdy nie zdobyłam się na dłuższą podróż niż znad jezior na pojezierzu łęczyńsko - włodawskim do domu.

Odkąd jest mi tak bardzo wszystko jedno i próbuję nadać sens mojej egzystencji, przekraczanie strefy komfortu przychodzi mi dużo łatwiej, właściwie bez zastanowienia. Dlatego nie stresowałam się kiedy stałam na przystanku Fort Mogiła w Krakowie i machałam ręką z uniesionym kciukiem. Dlatego śmiałam się zamiast denerwować, kiedy jeden z kierowców wywiózł nas na autostradę, która nijak nie prowadziła na Lublin, a my nie negowałyśmy jego decyzji, bo, po pierwsze, był bardzo przystojny, a po drugie słuchał świetnej muzyki. Negatywne uczucia nie ogarnęły mnie również, kiedy kierowca, który wybawił nas z tego kłopotliwego miejsca, w którym się znalazłyśmy, w kółko opowiadał o uprowadzeniach podczas podróżowania autostopem. I kiedy facet, który w końcu nas zabrał do Lublina powiedział podczas wsiadania, że będzie nas to dużo kosztowało. Dobrze, że szybko zauważyłyśmy, że jest po prostu taksówkarzem.

Łapiąc stopa z Krakowa do Lublina poczułam się przez chwilę zupełnie wolna. Czas, rozkłady jazdy, terminy - to wszystko przestało mieć znaczenie. Cieszyłam się podróżą, a nie tylko perspektywą dotarcia do celu. Nie obchodziło mnie, o której dotrę. Nie miałam żadnego planu. Nie miałam żadnych oczekiwań. Wychodząc poza przyzwyczajenia, które zapewniały mi poczucie bezpieczeństwa podczas podróży, wyzbyłam się też stresu związanego z zawalenia wcześniej ustalonego planu. I, co wciąż jest dla mnie ogromnym zaskoczeniem, poczułam się z tym naprawdę dobrze.

Podsumowałyśmy naszą podróż w kilku zasadach:
Pierwsza (nadrzędna) kiedy łapiesz stopa zdejmij okulary. Zadziałało za każdym razem.
Druga kiedy stopa łapią dwie kobiety zatrzymują się tylko i wyłącznie faceci.
Trzecia zaopatrzenie się w mapę to nie jest głupi pomysł, szczególnie kiedy nie udaje Ci się złapać bezpośredniego samochodu do miejsca docelowego i zastanawiasz się, czy Stalowa Wola jest po drodze, czy nie bardzo.
Czwarta kiedy chcesz jechać po prostu do przodu nie warto zrażać kierowców tabliczką z napisem "Lublin". A najlepiej umieścić na niej jeszcze kilka dodatkowych miejscowości po drodze. Ale do tego trzeba je znać.

***

PS. Założyłam sobie tumblra - będę na nim publikować zdjęcia, które robię na zajęcia i nie tylko. W zakładce social umieściłam też odpowiedni znaczek. LINK
PS 2. 4 czerwca na Placu Marii Curie - Skłodowskiej o 16.20 odbędzie się wernisaż studentów mojej specjalizacji. Znajdą się tam też moje zdjęcia, więc zapraszam :).

2 komentarze:

  1. stop to niesamowita sprawa. ja się teraz szykuję na coś dużego, prawdopodobnie za rok. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a dokąd? Ja chyba jeszcze na coś dużego się nie odważę, muszę najpierw złapać skilla w jeżdżeniu po Polsce, ale przede mną wakacje, dam radę :D

      Usuń