![]() |
| Źródło obrazka |
Pewien etap się zakończył. Fajnie było uczestniczyć w takim dużym projekcie jak otwarcie francuskiego marketu. Fajnie było przez chwilę mieć jakiś konkretny cel w życiu (otworzenie Castoramy), właściwie samodzielnie ustalać sobie pracę ("dzisiaj umyję prysznice, jutro poukładam wszystkie mydelniczki w porządku kolorystycznym"). Czułam dumę na otwarciu, kiedy przychodzili ludzie i doceniali to, nad czym harowałam przez dwa miesiące. A najfajniejsze było to, kiedy wracałam na swój dział, bo akurat nie było tłumów na fakturomatach i podchodził do mnie rodowity Castoramczyk i pytał, czy mogę państwu doradzić, bo ja ten dział znam lepiej... Bezcenne.
W Castoramie moje studia nabrały sensu. Nabrała sensu też codzienna egzystencja, kiedy M. siedział w oddalonym 100km domu i zakuwał do poprawek / chodził do szkoły. Nie czekałam na niego całymi dniami siedząc przed fejsem, bądź spotykając się ze znajomymi. Dzięki pracy fizycznej zdałam sobie sprawę, jak ważny jest ruch i cieszyłam się z każdego ubywającego mi kilograma (ostatecznie ubyło mi ich pięć). W Castoramie poznałam ludzi, którzy szanowali swoją pracę i nauczyli mnie szacunku do niej. Nabrały też sensu słowa babci i rodziców na temat oszczędzania i założyłam sobie wreszcie konto oszczędnościowe. Fajnie było być częścią castoramowej społeczności. Plotkować z ochroniarzem podczas przerwy na papierosa ("to już ostatni, od jutra mi nie dawaj"), uzależnić się ponownie od coli (1,20 puszka w specjalnej cenie dla pracowników), poznać najmądrzejszego dyrektora czegokolwiek ever oraz najgłupszego też, który malował metaforyczną trawę na zielono.
No i cóż - przez dwa miesiące zarobiłam więcej niż przez pół roku na stanowisku "redaktora działu kultura" w jednej z lubelskich gazet. Teraz rozwijam swoją karierę w FMie i czekam na decyzję komisji socjalnej odnośnie przyznania mi stypendium. Trzymajcie kciuki.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz