niedziela, 27 stycznia 2013

Efekt motyla



Czasem zdarzają się takie decyzje - te spontaniczne, bądź pozornie przemyślane - które odmieniają życie. Początkowo ciężko stwierdzić dokąd nas zaprowadzą, ale wierzę w przeznaczenie. Wierzę, że wszystko jest po coś i nawet pozornie najgłupsza decyzja w moim życiu prowadzi mnie tam, gdzie powinnam się znaleźć.

A może po prostu szukam usprawiedliwienia dla głupot robionych pod wpływem zmian hormonalnych, które definiują mój stan umysłu każdego dnia cyklu? Może. Przyjemniej odciążyć się z odpowiedzialności i wierzyć, że wszystko ma sens, nie będąc jednocześnie obarczoną odprawianiem skomplikowanych rytuałów i przestrzeganiem dziwnych zasad, nie mających odzwierciedlenia w moim stylu życia.

Wydarzenia ostatnich kilku tygodni zmieniły nas. Podjęliśmy kilka decyzji. Kilka odroczyliśmy, by zastanowić się nad nimi w chwilach większej poczytalności. Jedną z tych, które podjęliśmy nie całkiem spontanicznie i prawie przemyślanie było zrobienie sobie tatuaży.


W piątek razem z M. i Dorotą udaliśmy się do ekskluzywnego studia tatuażu Kiciputka mieszczącego się w dzielnicy, gdzie odwracają się kierunki, a logika ucieka na kucyku Pony w stronę tęczy. Pokonaliśmy głębokie zaspy i zaopatrzyliśmy się w niezbędne akcesoria w aptece, których na Czechowie pełno. W mieszkaniu rozsiedliśmy się wygodnie, odbyliśmy publiczną debatę na temat prywatnych problemów, dobraliśmy rozmiar tatuaży i wytypowaliśmy moją skromną osobę na pierwszy ogień.

Pik na karku
Czterdziestominutowe dyndanie głową w dół podczas gdy przyjaciółka wbija igłę w kark, a chłopak i druga przyjaciółka zajmują się dokumentacją fotograficzno - filmową (jak zwykle, gdy decyduję się na tego typu zabiegi) zdecydowanie należy do przeżyć, które na zawsze utkną już w mojej pamięci i sprawiają, że życie nie wydaje się być takie szare i bezbarwne. Później dowiedziałam się, że uczucie jakie dopadło mnie zaraz po wyprostowaniu się po skończonej pracy Kaśki (jakby ktoś mnie bardzo, ale to bardzo skrzywdził) jest efektem za dużej ilości krwi w mózgu. Polecam, dzięki temu doświadczeniu już wiem, co znaczy cierpieć w imię szeroko pojętego piękna, co skutecznie wyleczyło mnie z fantazji na temat bardziej skomplikowanych wzorów. Może zdecyduję się na nie, gdy będę już stara (mniej więcej po skończeniu czterdziestki) i nie będę się już musiała starać, by mieć męża i przedłużyć gatunek, bo, jak powiedziała Kaśka, wprawdzie byłam dzielna, ale nie tak dzielna jak mama Ali, której robienie tatuażu trwało trzy godziny i nawet nie jęknęła. Wytłumaczyła to faktem, że po dwóch porodach takie rzeczy już nie ruszają.


Podpis na nadgarstku M.
M. bolało mniej, ale jego tatuowanie trwało krócej. Teraz obsesyjnie dbamy o nasze świeże rany i powoli dochodzi do nas, że to na zawsze. Usuwanie ponoć boli dużo bardziej, ale o tym jeszcze nie myślimy. Może tylko w takich abstrakcyjnych rozmowach jak "a co jeśli przez tatuaż nie dostaniesz pracy?", ale wydaje mi się, że pracodawcy niezbyt przejmą się tym, co zdobi mój kark. No cóż, pożyjemy - zobaczymy. Na razie cierpię ze względu na brak wygodnej pozycji do czytania komiksów i brak możliwości upicia się, której brakuje mi bardziej niż kiedykolwiek. Cóż, zaczęła się sesja, przynajmniej będę miała mocny argument, by unikać alkoholu i jeszcze większy powód, by upić się po piątkowym egzaminie.

3 komentarze:

  1. Nie pij tyle, ja Ci to mówię.
    Zobaczysz, potem będziesz chciała pracować w Castoramie znowu i Cię nie przyjmą, tak się skończy Wasze tatuażowanie!

    OdpowiedzUsuń
  2. Wypełnienie takiej czarnej kropy na silnie unerwionym karku, to musi boleć, kochana :D A to poczucie wielkiej wyrządzonej krzywdy to nie wina krwi w mózgu - mam dokładnie takie samo uczucie za każdym razem.

    Nie martw się o pracodawców - masz ten komfort, że w twoim przypadku wystarczy rozpuścić włosy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się nie martwię, odrobinę martwi się Misiek, że utrudnię sobie tym bardziej drogę do stałych zarobków i nie przestanę marudzić.

      Usuń