czwartek, 25 lipca 2013

Paryż w deszczu

Lotnisko w Warszawie.

Paryż przywitał mnie deszczem i mgłą. Razem z siedzącym obok mnie angielskim chłopcem wypatrywaliśmy w busie z Beauvais wieży Eiffla. Z niezrozumiałego dla mnie powodu wziął mnie za Francuzkę. Może dlatego, że po nieprzespanej nocy ledwo kontaktowałam i ciężko mi było skoncentrować się na skleceniu kilku poprawnych zdań po angielsku. A może dlatego, że w jego obecności rozmawiałam przez telefon po francusku. Kto go tam wie.

Paryż miał mnie przywitać słońcem, bagietkami i kawą oraz uroczym towarzystwem Kingi poznanej w internetach. Niestety, mój lot opóźnił się cztery godziny (cholerny Wizzair, chociaż ponoć i w Air France takie rzeczy zdarzają się dosyć często), w związku z czym wszystkie moje plany poszły w łeb. Wieżę Eiffla zobaczyłam przez mgłę, Luwr prześwitywał wśród innych budynków, jedynie la Defense udało mi się obejrzeć w pełnej okazałości. To by było na tyle z odkrywania uroków miasta palimpsestu, miasta, gdzie Oliveira poznał Magę i gdzie Julian Sorel podrywał arystokratki.

Porte Maillot

Wysiadłam na Porte Maillot, gdzie zgodził się na mnie poczekać kierowca znaleziony na wspólnych przejazdach. Spóźniłam się godzinę. Powitał mnie typowo po francusku, pocałunkami w oba policzki i odebrał ode mnie rzeczy. Towarzystwo w samochodzie okazało się całkiem sympatyczne, więc podczas dziesięciu godzin jazdy męczył mnie tylko brak prysznica, który po całonocnej podróży był mi niezbędny.
Przeurocze współpasażerki

Osiemset kilometrów samochodem osobowym - to mój osobisty rekord. Jestem zachwycona francuskimi autostradami, niesamowicie równymi i wydawałoby się że wyludnionymi - jedynie mijane co jakiś czas tiry świadczą o obecności innych kierowców na trasie. Inne samochody są praktycznie niezauważalne.

Parapapapapa!

We Francji nawet pracownicy McDonalda są seksowni. Zatrzymaliśmy się na postoju w Poitiers i postanowiłam spróbować tutejszego Wrapa - sprawdzam ich smak w każdym kraju, w którym jestem i jak do tej pory najlepsze były w Londynie. Zamówiłam colę i Ptit Wrapa, ale kelner mnie nie zrozumiał i przyniósł mi frytki. Przypomniałam mu, że zamówiłam co innego, speszył się, niesamowicie uroczo się uśmiechnął i te frytki dostałam na koszt firmy. Czasem dobrze być cudzoziemką o nieśmiałym, cichym głosie.
No i najlepsze wrapy są zdecydowanie we Francji.

Dojechaliśmy do Arbonne po pierwszej w nocy. Po dwudziestu czterech godzinach podróży z zaledwie krótkimi drzemkami w samochodzie i samolocie byłam tak wyczerpana, że ledwo miałam siłę się umyć.
Była to zdecydowanie najdłuższa, ale i najciekawsza podróż ever. W szczególności, że wszystko ogarnęłam zupełnie sama, a uwielbiam tę dumę, kiedy wszystko idzie zgodnie z planem.

Drugi dzień pracy:
- Wypalone papierosy: 0
- Bieganie: 1
- Słodkie napoje: 0
- Alkohol: 0
- Słowa wypowiedziane po polsku: 0

Mój mały, liczbowy motywator. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz