sobota, 27 lipca 2013

Popołudnie w Biarritz



Dwudziesty szósty lipca od dwóch lat był dla mnie bardzo ważną datą. W zeszłym roku pisałam tego dnia znad Bałtyku. W tym roku świętowanie nie jest już aktualne. Towarzyszą mi tylko nocne koszmary i krzyki dzieci. Niezbyt romantycznie. Jedno się nie zmieniło - znów jestem nad morzem.

Popołudniu pani Solange zabrała mnie do Biarritz. Mieszkam w Arbonne - kilka kilometrów dalej. Taki Motycz dla Lublina, tylko bez komunikacji miejskiej między nimi. Podczas gdy ona była u fryzjera, ja przeszłam się nad morze i zwiedziłam centrum miasta. Bardzo dużo osób jest ubranych w biało - czerwone stroje ze względu na wielką, kilkudniową imprezę w pobliskim Bayonne. Mam zamiar się tam przejechać, więc opiszę ją bliżej wkrótce.

Madame Solange u fryzjera

Podczas podróży z Paryża zgubiłam okulary przeciwsłoneczne. Nie wiem jak to zrobiłam, bo upewniałam się cztery razy, że mam wszystko, ale niestety, nowe okulary przepadły. W związku z tym musiałam udać się po następne. Starałam się znaleźć stragan z okularami jakich pełno nad Bałtykiem. Niestety, w takim kurorcie jak Biarritz, zamiast straganów nad morzem są sklepy Lacoste, Douglas i galeria LaFayette, w której można kupić ubrania haute couture. Najtańsze jakie udało mi się znaleźć kosztowały 20 euro. A że słońce prażyło niemiłosiernie ta cena wydała mi się znośna w porównaniu z tymi za 190 euro znalezionymi w LaFayette. No i cóż, ponownie zakochałam się w sprzedawcy. Nie wiem jak ci Francuzi to robią, ale nie widziałam jeszcze żadnego młodego mężczyzny, który byłby odpychający. Przy okazji są niesamowicie mili i na moje nieśmiałe "Je voudrais les acheter" odpowiadają zawsze szerokim uśmiechem.

Plaża przepełniona turystami
To, czego mi brakuje w zachodnich miasteczkach turystycznych, to zwykłe sklepy. Takie jak pięć tysięcy na moim osiedlu będących tuż za rogiem. Za każdym rogiem. Można w nich znaleźć wszystko, co najpotrzebniejsze. W promieniu kilometra znalazłam jeden sklep, w którym nie było ani zmywacza do paznokci, ani pumeksu. Dobrze chociaż, że były przekąski - mogłam dokonać kolejnej tradycji i spróbować Laysów typowych dla Francji (w każdym kraju są inne smaki. W Anglii niesamowicie popularne są o smaku octu.) oraz kupić moje ulubione holenderskie ciasteczka ever.

Zaszłam też do księgarni w celu nabycia oryginalnego Małego Księcia. Chciałam kupić bardzo ładne, ozdobne wydanie, ale zapomniałam jak zapytać "ile to kosztuje", więc wzięłam standardową wersję. W takich momentach żałuję, że jednak nie kupiłam podręcznych rozmówek, które mogłabym w dowolnej chwili wyciągnąć z torebki i przestać zastanawiać się kilka minut nad każdym zdaniem. Mądry Polak po szkodzie.

Jean Pierre le Bozec
Wracając do domu zahaczyłyśmy o galerię sztuki. Zaglądając przez witrynę myślałyśmy, że obejrzymy wystawę zdjęć. Okazało się, że są to wielkie obrazy malowane pastelami, niemniej niezwykle realistyczne. Dopiero po podejściu bliżej da się zauważyć technikę. Prace przedstawiają widoki z Biarritz i są malowane przez lokalnego artystę. Wydawałoby się, że są niewiele warte, jednak zerknęłam na cennik - najtańszy kosztuje ok 2500 euro. Jeżeli być artystą to we Francji, chociaż patrząc na moje zwierzątka z dałnem przede mną raczej daleka droga do sławy w tej dziedzinie...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz