środa, 3 lipca 2013

To jak gdyby coś nie zezwalało mu na to

"Jedni uciekają od cierpienia w jakiś fikcyjny świat podlewany etanolem lub kreowany jakimiś podejrzanymi substancjami chemicznymi, inni żyją szaleńczo, jak gdyby każdy dzień miał być ostatnią datą w kalendarzu świata, jeszcze inni stają się soplem lodu. (...) Chciałby jak inni ludzie w takiej sytuacji normalnie cierpieć. Po prostu cierpieć. Tęsknić za nią, drzeć i sklejać na powrót jej fotografie, przeklinać ją, brzydzić się nią, obrażać słowami, gardzić nią, przysięgać jej zemstę, walić pięściami w stół, czuć się poniżony, bezgranicznie skrzywdzony, upokorzony i podeptany. Znajdować przypadkowo pamiątki po niej, niszczyć je z wściekłością i na drugi dzień żałować, że już nic po niej nie pozostało. Nieustannie wmawiać sobie, że nigdy nie była i nigdy nie będzie jego warta, że stać go na lepszą kobietę. Chcieć sobie wytatuować te słowa na ramieniu, gdyby to wmawianie mu nie pomagało.
Pisać do niej pełne nienawiści listy i nigdy ich nie wysyłać, dzwonić do niej w nocy i nie móc wykrztusić z siebie słowa. Czuć nienawiść, niedowierzanie i odrętwienie. Albo chociaż upijać się do granicy letargu, który przynosi zapomnienie, i rano budzić się z pustymi butelkami przy łóżku. Obiecywać sobie, że nigdy jej nie wybaczy i wybaczać już pół godziny później. Zapominać ją każdego dnia i obiecywać sobie, że następnego zapomni ją już naprawdę. Pragnąć jej obecności, gdy jest mu źle, i czując się jeszcze gorzej, przeklinać siebie w myślach za to pragnienie.
Nie! On nie czuł nic takiego. Nie potrafił wtedy i tym bardziej nie potrafi dzisiaj wykrzesać w sobie tego cierpienia. Tak bardzo by chciał. Ale nie może. To jak gdyby coś nie zezwalało mu na to. Przez ten cholerny lęk nie potrafi poczuć w sobie smutku na tyle silnego, aby mógł się rozczulić nad sobą, i chociaż raz zapłakać."
- Janusz L. Wiśniewski - Los powtórzony

Czasem w ręce wpadają takie teksty, które jakby były pisane pod myśli krążące w twojej głowie lub na podstawie chaotycznych notatek wyrzucanych z siebie w chwilach załamania.

Trzeba iść, iść do przodu. Robić te wszystkie rzeczy, dzięki którym w okresie przed czułam się szczęśliwa, bądź czułam dzięki nim spełnienie. Każde doświadczenie jakie nabędę, dobre czy złe, ma swoją wartość i jest mi potrzebne, n'est - ce pas? Zdrowy rozsądek i głęboka analiza wszystkich za i przeciw mówią, że tak ma być. Że to wszystko jest po to, by potem było lepiej. I że to doświadczenie mnie umocni.

Nie potrafię przeżyć swoich emocji. Nie potrafię płakać, nie potrafię się smucić. Mogę się bać, mogę się chować na całe dnie w łóżku, mogę czuć otępienie i wycofanie. Mogę czuć pozorne szczęście, będące raczej dziwnym, powierzchownym uczuciem ekscytacji. Ale nigdy nic w pełni, nigdy nic na 100%.

Żyję. Egzystuje. Próbuję dokończyć wszystkie niezamknięte sprawy. Ale jakie ma to znaczenie?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz