![]() |
| www.online-turs.ru |
Do tej pory wszystkie moje rozmowy kwalifikacyjne zakończyły się przyjęciem do pracy. I nieważne, jak bardzo się stresuję, w jakiś sposób (dzięki skomplikowanemu połączeniu mierzenia sił na zamiary przy aplikowaniu gdziekolwiek oraz nieodpartemu urokowi osobistemu), zawsze udaje mi się przedstawić się jako osoba kompetentna, ogarnięta i sympatyczna.
O ile podczas normalnej rozmowy kwalifikacyjnej duży wpływ na jej przebieg ma mowa ciała, pierwsze wrażenie, ubiór itp., sprawa komplikuje się podczas rozmowy kwalifikacyjnej przez telefon. I w obcym języku.
Napisałam moim przyszłym pracodawcom w mailu, że jestem dyspozycyjna po godzinie czternastej. Od godziny trzynastej pięćdziesiąt zaczęłam się mocno stresować i w myślach ćwiczyć wszystkie francuskie zwroty, jakie będą mi potrzebne podczas rozmowy. O godzinie szesnastej byłam już mocno zestresowana. Nie wiedziałam, czy iść brać prysznic i szykować się na Inne Brzmienia, czy gapić się jak w sroka w telefon i próbować ściągnąć myślami rozmówców oddalonych ode mnie kilkaset kilometrów. O dwudziestej pierwszej, pijąc herbatę u Kiciputka, wciąż nerwowo spoglądałam na telefon i utwierdzałam się w przekonaniu, że na pewno zadzwonią po 23, najlepiej kiedy będę w tłumie i nie będę miała możliwości odebrania.
Siedziałam w ogródku przy Trybunale, wydawałoby się oglądając transmisję z koncertu po drugiej stronie budynku (co niestety, okazało się być jedną wielką reklamą przeplataną króciutkimi fragmentami różnych występów), kiedy o godzinie 22:40 zadzwonił numer z kierunkowym +33. Zdążyłam powiedzieć tylko bonsoir i ravi de vous connaitre, kiedy uświadomiłam sobie, że, niestety, w takich warunkach nie dogadam się nawet po polsku. Pospiesznie wytłumaczyłam, że jestem na koncercie i poprosiłam, żeby moja rozmówczyni chwile poczekała, po czym puściłam się biegiem w najbliższą uliczkę, gdzie mogło być odrobinę ciszej. Układana cały dzień przemowa wyszła całkiem dobrze - wytłumaczyłam, w jaki sposób mam zamiar dostać się do Francji i wtedy padło pytanie, którego nie zrozumiałam. Pourriez - vous répéter? Niestety, powtórzenie niczego nie dało, więc moja rozmówczyni oddała słuchawkę mężowi, który mówił po angielsku.
Wydawałoby się, że teraz powinno być z górki, ale mam problem z przestawianiem się z języka na język, w efekcie czego powstał francusko - angielski melanż, kiedy nie mogłam sobie przypomnieć słówek z jednego, bądź drugiego języka. I will be a quatre heure. Na szczęście moje skonfundowanie trwało tylko chwilę, po czym znów mogłam mówić swobodnie, bez francuskich wtrąceń.
Mimo wszystko - chyba wypadłam dobrze, bo bardzo chętnie przyjmą mnie pod swój dach i powierzą opiekę nad wnukami. Wyjeżdżam za dwa tygodnie, ku szczęściu mojej rodziny i nieszczęściu niektórych z przyjaciół. A przede wszystkim - ku mojemu szczęściu, bo wyjazd do Francji jest spełnieniem moich marzeń.
PS. Na zdjęciu Biarritz - miejsce, w którym spędzę miesiąc. Jak dla mnie wygląda bajecznie :).

Ale super! Też chciałabym kiedyś wyjechać do pracy we Francji <3 Pozdrawiam!
OdpowiedzUsuńJeszcze nie byłam, ale polecam, niesamowicie się jaram :D
UsuńA jedź sobie, proszę bardzo, wszyscy mnie zostawcie najlepiej!
OdpowiedzUsuńNie, a tak serio to w sumie się cieszę, że spelniasz swoje marzenia szczególnie, że pomoże Ci to ruszyć.
Anna
jak dla mnie wygląda na kurwazabierzmniezesobąbłagamzmieszczęsięwwalizkębędęgrzeczna! :D
OdpowiedzUsuńooo gratulacje!
OdpowiedzUsuńi nie ukrywam że zazdroszczę wyjazdu, piękne miejsce .. :*
trzymaj się ciepło i wracaj zdrowa!