Dziś był ten dzień. Dla większości kobiet oznacza to okres. Dla mnie świdrujący ból głowy, jakby ktoś jadł mój mózg.
Ból jest z prawej strony, na skroni i odrobinę niżej. Promieniuje na oko. Jest trochę taki jak od udaru słonecznego i trochę taki, jakby coś zaciskało mi się na mózgu. Pojawia się mniej więcej trzeciego dnia upałów. W lipcu przygważdżał mnie do łóżka i nie byłam w stanie się z niego podnieść przez cały dzień. Gdy zachodziło słońce szłam na spacer, by odetchnąć świeżym powietrzem, co pozytywnie wpływało na moją obolałą głowę.
Wszystko byłoby w porządku, dałoby się to znieść, gdyby nie to, że dzisiaj dopadł mnie w pracy. Razem z mdłościami. Do niczego się nie nadawałam, tak samo jak wczoraj. Czułam się z tym beznadziejnie, bardziej psychicznie niż fizycznie, bo czułam, że jestem kompletnie bezużyteczna. Siedziałam i kolejny raz ścierałam kurze z plastikowych opakowań różową szmatką nasączoną płynem do szyb. Wszyscy się ze mnie śmieją, że siedzę w kącie i bawię się folią bąbelkową. Cóż, trochę w tym prawdy jest, jak tylko wpadnie mi w ręce to się zachwycam i pykam, pykam, pykam. Ale to tak mimochodem, żeby się odstresować.
Pokonywanie własnych ograniczeń jest dowodem odwagi. Chciałabym być tak odważna, by pójść w końcu do lekarza i powiedzieć po raz kolejny "Boli mnie głowa, mam chore zatoki, proszę tym razem coś z tym zrobić, bo przy zmianach pogody nie mogę normalnie funkcjonować." Chciałabym by moje dni nie były uzależnione od tego, co się dzieje za oknem. Szczególnie w zimie, gdy czasem naprawdę muszę wyjść, a nie mogę, bo ból mnie paraliżuje. Byłam już u tylu lekarzy. Straciłam wiarę, że coś mi w końcu pomoże. Nie mam motywacji.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz