środa, 8 sierpnia 2012
Lubię spontan
Lubię spontaniczne wypady z przyjaciółmi, które rodzą się zwykle z błahej propozycji, a kończą fajną przygodą.
Wczoraj z dwójką znajomych siedzieliśmy sobie u mnie w kuchni pijąc yerbę i jedząc kanapki, gdy nagle w głowie koleżanki O. zrodził się pomysł.
- P. zawsze opowiada, że jeździ za miasto z ziomkami i jest spoko i oglądają zachód słońca i jest spoko i zawsze jest spoko jak jeżdżą za miasto. Pojedźmy za miasto na piwo!
Dokończyliśmy jedzenie, zaopatrzyliśmy się w pobliskim sklepie w prowiant na wycieczkę i postanowiliśmy jechać krajową dziewiętnastką, aż znajdziemy przyjazną polanę, na której możemy spocząć.
Po kilkunastu kilometrach po lewej stronie pojawiła się droga, która wyglądała zachęcająco. Wprawdzie nie prowadziła na żadną polankę, właściwie wyglądała, jakby nie prowadziła nigdzie. W zasięgu wzroku nie dało się dojrzeć końca, ale po kilkudziesięciu metrach zatrzymaliśmy się na środku i spoczęliśmy obok samochodu.
Przez kilka godzin nikt nie zakłócił naszego spokoju. Niebo było piękne, pełne gwiazd. Jedna nawet spadła. Niedaleko znajduje się lotnisko, więc co chwilę mrugały samoloty. W pewnym momencie położyliśmy się na masce (jak w amerykańskich filmach) i przez długi czas snuliśmy refleksje na tematy różne. Aż nie chciało się wracać do cywilizacji.
A gdy tylko wróciliśmy trafiliśmy na grupę pijanych buraków, którzy w centrum miasta zakłócali spokój porządnych obywateli, więc tym bardziej pożałowaliśmy, że nie zostaliśmy na tej polanie gdzieś pomiędzy Lublinem, a Kraśnikiem.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz