fot. garnek.pl
Generalnie lubię moje miasto. Jest trochę jak przygarnięty, zabiedzony szczeniak - przybrudzone, odrobinę zaniedbane, ma swoje dziwaczne przyzwyczajenia, których nic nie jest w stanie wyplenić oraz charakterystyczną mentalność związaną z, w przypadku szczeniaka miejscem, w którym się wychowywał do czasu przygarnięcia, w przypadku miasta - położeniem geograficznym, kulturą oraz historią.
Inspiracją do dzisiejszej notki była wzmianka o Lublinie w najnowszym numerze Newsweeka (33/2012), gdzie zaliczono go do głównych miast Polski. Zazwyczaj jest pomijany. Gdy przewróciłam kilka stron znalazłam również artykuł o Majdanku, lubelskiej dzielnicy, na której znajduje się były obóz zagłady. I zrobiło mi się tak miło, że wreszcie moje miasto jest wymieniane w innym kontekście niż najbiedniejszy region kraju, najbiedniejszy region UE (przed wejściem Rumunii do wspólnoty), przodownik statystyk dotyczących bezrobocia, kiepskiego wykształcenia itp.
W przeciągu ostatnich kilku lat wiele się tutaj zmieniło. Jako przeciętny obywatel najbardziej doceniam transformację MPK Lublin w ZTM Lublin. Moje codzienne podróże autobusami rozpoczęłam siedem lat temu, w pierwszej klasie gimnazjum. Wtedy większość kursów obsługiwał historyczny Ikarus, bohater lubelskich happeningów, kiedy przyszło nam się z nim żegnać. Od tego czasu niemalże wszystkie pojazdy zostały wymienione. W niektórych już działa klimatyzacja. Przewoźnik prywatny został wchłonięty przez ZTM, więc nie muszę się martwić, czy na pewno mam złotówkę w kieszeni, w razie gdyby podjechał.
Ostatnio zamontowano nowe przystanki, tablice oraz wyświetlacze, na których pojawia się rzeczywisty czas przyjazdu autobusu na podstawie nadajników GPS zamontowanych w autobusach. Posiadamy również iPlaner (odpowiednik jakdojade.pl popularnego w innych miastach), który również świetnie spełnia swoje funkcje.
Ceny biletów rosną nieznacznie w porównaniu do ciągłego wzrostu jakości usług. W końcu udało się rozładować kolejki do kierowcy po bilet przez wprowadzenie biletów jednorazowych u kierowców o dwadzieścia groszy droższych i biletów czasowych, dostępnych tylko i wyłącznie w kioskach i biletomatach. Bilet miesięczny na wszystkie linie to jedynie 42zł. A bilet rodzinny dla rodzin, których liczba dzieci to minimum cztery kosztuje 10zł rocznie (a korzystają z niego wszyscy).
Kiedy tylko znajduję się w innym mieście (wyjątek: Warszawa) ubolewam nad brakiem tak świetnej komunikacji, jak w Lublinie.
M. mówi, że za każdym razem jak do mnie przyjeżdża, to coś się zmienia. Zawsze jest coś nowego, nowy remont, nowa impreza, nowy przystanek. Miasto żyje. Nieustannie powstają nowe ścieżki rowerowe, remontują główne ulice, Park Saski, a jeden festiwal goni kolejny, m.in. Carnaval Sztukmistrzów, zbliżający się Jarmark Jagielloński, ostatnio Europejska Konwencja Żonglerska, Noc Kultury, Falkon.
W Lublinie są ogromne możliwości zaangażowania się w działalność wolontariacką. NGO jest tutaj bardzo rozwinięte, wciąż powstają nowe organizacje o różnym charakterze, bardzo często kulturalnym, które są bardzo widoczne i animują życie miasta i jego mieszkańców. Lubelszczyzna jest na jednym z pierwszych miejsc pod względem pozyskiwania środków na inicjatywy obywatelskie.
Aktualnie są robione zdjęcia do nowego serialu "Wszystko przed nami". Będzie emitowany na TVP jesienią. Zdecydowanie przyczyni się on do promocji Koziego Grodu i pokazania go w innym świetle, niż media.
Kolega wyjechał studiować w Krakowie. Gdy spotkaliśmy się niedawno na kawie, stwierdził, że mało się tam dzieje w porównaniu z Lublinem. Władze miasta osiadły na laurach, nie ma tak wielu miejskich imprez, na które każdy idzie, bo wie, że są fajne. Kraków nie musi starać się o widoczność w kraju, Europie i na świecie nie muszą - i tak są jednym z najbardziej rozpoznawalnych miast. Lublin do tego pretenduje. I jak na razie idzie mu świetnie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz