niedziela, 5 sierpnia 2012

Myśli tułacze

Ja, jako stickman.

Nie jestem osobą, która lubi długo siedzieć w jednym miejscu. Kiedy poczuję klimat wędrówek, powrót do domu sprawia mi ogromną trudność. Po krótkiej wycieczce do Trójmiasta, pojechałam 600km na południe do Zwierzyńca, pokonując tę długą trasę trzema środkami transportu.
Po czterech dniach szkolenia w tym rozmów, odkrywania siebie i innych, spakowałam walizkę by kolejne dwa dni spędzić w oddalonym 10km Szczebrzeszynie u M., wrócić na 15h do domu, żeby uprać ubrania i pojechać nad jezioro do Kunowa na kolejne dwa dni.

Mistrzem wyjazdu była moja mama mieszkająca na planecie Kasia, gdzie jej brat (40 lat) w opowiadanych historiach jest wiecznym pięciolatkiem, nieustannie podróżują lub pracują i świetnie się bawią. Mówi o tym, jakie solarium jest rakotwórcze, z powodu czego nigdy go nie odwiedzi, w między czasie odpalając kolejnego papierosa. Krzyczy na mnie, że nie karmię M., osobiście rozpieszczając go jego ulubionym spaghetti, którego nienawidzę.

Wieś Kunów byłaby idealnym tłem dla wydarzeń rodem z filmu grozy - wampiry, wilkołaki, itp. Z niewiadomych przyczyn miejscowi witają się ze mną w sklepie. Sklep jest typowo wiejski - blaszana buda z ograniczoną liczbą artykułów spożywczych ze stałym wyposażeniem w postaci okolicznych żuli pijących w obrębie budynku. Sprzedawczyni z kiepską trwałą podaje nam Pepsi w puszce z lodówki, która nie działa. Przynajmniej lody mają odpowiednią temperaturę. W drodze powrotnej mija nas mnóstwo rozszczekanych psów, które milkną na nasz widok. Za nami gra muzyka, paradoksalnie będąc coraz głośniejszą w miarę oddalania się od punktu emisji, co potęguje wrażenie psychodeli. Zachodzi słońce. Coś biega po krzakach, wieś wydaje się wymarła. Brzmi znajomo? Dla mnie brzmiało na tyle, by do końca pobytu nie chodzić samotnie w ustronne miejsca.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz